kafary.pl: logo kafary.pl: banner
Wyprawy o Wypady lokalne o Galerie o Szpejownik o Multimedia o Linki o O nas English info
Strona główna o Wyprawy o Trochę Turcji i nieco więcej Gruzji – 2006

[]  Trochę Turcji i nieco więcej Gruzji – 2006

galeria zdjęć zdjęcia info praktyczne info praktyczne


W ostatnim tygodniu sierpnia ’06 wyruszyliśmy na Zakaukazie. Przez Lwów, Bukareszt i Burgas dotarliśmy do Stambułu, gdzie spędziliśmy kilka przyjemnych dni. Następnie pojechaliśmy na chwilkę do niesamowitej Kapadocji, aby w końcu skierować sie do zasadniczego celu naszej wyprawy – Gruzji. Tam podziwialiśmy piękne górskie widoki w Kazbegi, wylegiwaliśmy się na plaży nad Morzem Czarnym w Sarpi, zwiedzaliśmy majestatyczne klasztory Davit Gareja, a na koniec zrobiliśmy sobie „popołudnie ze Stalinem” w poświęconym mu muzeum w Gori.


Warning: file_put_contents(content/wyprawy/gruzja_06/artykul-CACHE.html) [function.file-put-contents]: failed to open stream: Permission denied in /home/pepson/public_html/template/articles/show_article.php on line 13

Dojazd do Stambułu
26-29.08.2006

Pierwszy etap podróży, odcinek Kraków–Przemyśl pokonaliśmy bez problemów pociągiem pośpiesznym (skład ekipy: Ewcia, Muszka, Martynka, Paweł „Le Pompier Sec”, Press i autor tej relacji Pepson). Po wejściu do wagonu natknęliśmy się na malowniczego pawia, ale trudno się dziwić – pociąg przyjechał przecież aż ze Świnoujścia. Kolejny etap, czyli dostanie się z Przemyśla do Lwowa nie poszedł już tak gładko. Autobus z dworca PKS w Przemyślu miał jechać trzy godziny – jechał pięć i pół. Załadowany na maksa. Turyści i handlarze, ale jak zwykle cała przestrzeń bagażnika przypadła dla tych drugich. Na granicy Paweł spóźnił się o ułamek sekundy przy podawaniu paszportu ukraińskiemu pogranicznikowi, a może po prostu nie przybrał dostatecznie pokornego wyrazu twarzy – nie wiadomo, dość, że pogranicznik wzbudził się i wyprosił zdumionego Pawła z autobusu stwierdzając: „Ty wracasz do Polszy”. Na szczęście potem dał się przekonać, żeby jednak wpuścić Pawła na Ukrainę.

We Lwowie uprzejma pani z KyiAvia zaczekała na nas 2 godz. po zamknięciu biura, żeby sprzedać nam bilety lotnicze z Tbilisi do Kijowa (jako zabezpieczenie powrotu). Po udanej transakcji obaliliśmy piwko w budce na ulicy T. Szewczenki, a następnie udaliśmy się na wakzał aby nabyć bilety. Tu niespodzianka – do Bukaresztu (i dalej do Burgas w Bułgarii) jedzie tylko wagon kupiennyj – wagony płackartne jadą jedynie do Czerniowców. To oczywiście podnosi cenę – 250 hr za osobę. Zdecydowaliśmy się zaszaleć – a co! Wagon był raczej pustawy. Było nas w sumie sześć osób, więc przypadło nam w udziale dwa i pół przedziału. Najpierw miał to być przedział nr 4 i 2, potem 4 i 6 (prowodnik i jego pomocnik cały czas coś kombinowali – przenosili ludzi z jednego przedziału do drugiego, zapewne po to, aby potem upchnąć kogoś na lewo na zwolnionym miejscu). W końcu zajęliśmy przedziały 4 i 5 razem z dwoma anglojęzycznymi osobnikami.

Kolesie anglojęzyczni to byli: Irlandczyk z Belfastu, który jechał do Mołdawii w celach turystycznych, oraz Amerykanin z Dayton w stanie Ohio, który wracał do Istambułu, gdzie pracował jako nauczyciel angielskiego. Wypiliśmy trochę (to dotyczy mnie oraz Ewci) albo hektolitry (dotyczy reszty wycieczki) wódki, zbrataliśmy się z Irlandczykiem oraz Amerykaninem, po czym udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Irlandczyk chyba palił jakieś zioła, bo okropnie bredził, a przecież wiadomo, że Irlandczycy nie upijają się tak po prostu. Ale o 4-tej nad ranem zrobił desant w Czerniowcach i przyniósł nam schłodzone piwo Obołoń. W sumie równi goście ci Irlandczycy :)

W nocy nieznani sprawcy zepchnęli Pressa z łóżka. Tak przynajmniej twierdzi sam poszkodowany. Oficjalna wersja to: spadł sam. Huk był taki jakby zderzyły się pociągi. Potem Press zapodał koncert chrapania, tak że Belfast wraz z Amerykaninem wynieśli się z jego coupé i poszli spać gdzie indziej.

Rankiem dobrnęliśmy do przejścia granicznego Вадул–Siret. Przyszedł ukraiński pogranicznik, oglądnął paszporty i zapytał dlaczego opuszczamy Ukrainę pociągiem, skoro wjechaliśmy autobusem – przecież mieliśmy wizy tranzytowe. Odpowiedzieliśmy, że to chyba nie ma żadnego znaczenia. Cały problem wyniknął z tego, że niepotrzebnie użyłem słowa „tranzyt” gdy wjeżdżaliśmy na Ukrainę, a słowo to implikuje poruszanie się po Ukrainie cały czas tym samym pojazdem, którym się wjeżdża, co jest potwierdzone odpowiednią pieczątką w paszporcie.

Potem Press spadł po raz drugi – tym razem wypadł z pociągu. Nie zauważył, że nie ma schodków. Naprawdę zaimponował tym wyczynem obsłudze pociągu – już po pierwszym upadku traktowali go z szacunkiem, ale po tym, jak przywalił organizmem w betonowy peron z wysokości 1,2 m prowodnik zaczął go naprawdę lubić. „Prijatielu – mówił – ty kaskadier!”. Potwierdza to znaną tezę, że Słowianie potrafią docenić ludzi z fantazją.

Trzeba też wspomnieć, dlaczego Press w ogóle próbował wyjść z wagonu. Otóż działo się to w momencie zmieniania wózków na których jedzie pociąg. Jest to konieczne, gdyż w krajach byłego Związku Radzieckiego, jak wiadomo, tory są szersze niż w reszcie świata. Press zafascynował się maszynerią konieczną do tego celu – jeżdżącymi po torach żurawiami, stosami kół piętrzącymi się na bocznicach, podnośnikami do wagonów i tym podobnym inszym badziewiem. Dla podróżnego cała ta procedura objawia się tym, że pociąg przez dwie godziny jeździ w tą i z powrotem po bocznicy kolejowej, a każdy przejazd kończy się potężnym wstrząsem gdy jeden wagon przypierniczy w drugi.

Teraz trochę zapisów z dziennika wyprawy, prowadzonego kolektywnie:

Miły pan prowodnik złożył nam propozycje nie do odrzucenia – za $10 od osoby tym samym pociągiem dojedziemy nie do Bukaresztu, ale dalej – do Burgas. Stamtąd do Stambułu bliżej, ale pytanie, jaka będzie opcja komunikacji.

Dopiero w Bukareszcie udało się zdobyć coś do żarcia i browar. Nieprzyjemna pani w budce na dworcu sprzedała nam bułki i browar w plastiku podczas dwudziestominutowego postoju. Podjęliśmy decyzję, że skorzystamy z oferty prowodnika i pojedziemy pociagiem do Burgas.

Dojazd do Bułgarii nie trwał długo, ale na granicy trochę postaliśmy. Rumuńscy i bułgarscy pogranicznicy całkiem spoko chłopaki – nie mieli do nas żadnych zastrzeżeń. Press już zdobył był popularność i szacunek w całym składzie, ale nawet to nie zdołało przekonać obsługi wagonu restauracyjnego do sprzedania nam czegokolwiek. „Zakryte” – warknął pracownik i powrócił do gry w domino z resztą personelu restauracji.

Zdjęcie: Pociąg relacji Lwów–Burgas
Pociąg relacji Lwów–Burgas

Następnego dnia kole 10-tej nasz pociąg wtoczył się Burgas. Press wymienił się kontaktami z prowodnikiem Władimirem. Panowie zdążyli się nawet trochę zaprzyjaźnić w trakcie naszego dojazdu do Bułgarii. Władimirowi zaimponowały wyczyny kaskaderskie Pressa. W Burgas wzięliśmy kwaterę za 8 lew od łebka na jedną noc. W sumie to nie było to konieczne, spokojnie można było jechać dalej do Turcji. W  Burgas nic szczególnego nie zobaczyliśmy, poza tym, że dałem się oszukać wymieniając pieniądze u podejrzanego osobnika. Nie dlatego, żeby w Burgas było to konieczne – w mieście jest pełno banków gdzie można bezpiecznie wykonać taką operację. Im człowiek starszy, tym głupszy...

Po południu nastąpiło oberwanie chmury, więc resztę dnia spędziliśmy w barze racząc się piwkiem. Plan wypadu na plażę nie został więc zrealizowany. Wcześniej pokręciliśmy się jeszcze po trochę po mieście.

Stambuł
29-31.08.2006

Zdjęcie: Hagia Sophia
Hagia Sophia

Rankiem następnego dnia pożegnaliśmy Bułgarię szybkim wypadem nad morze. Tym razem pogoda się udała i zaliczyliśmy przyjemne kąpanko. Pani z kwatery dawała nam wyraźnie do zrozumienia, że powinniśmy już sobie pójść. Zabraliśmy graty i wio na dworzec autobusowy, gdzie nabyliśmy bilety na autobus do Stambułu na 11.30. „Jakieś pięć godzin jazdy” – powiedziała pani w okienku. Rzeczywiście, do obrzeży miasta dotarliśmy gdzieś w okolicach 17-tej, ale potężny korek sprawił, że na dworzec autobusowy wjechaliśmy dopiero o 20-tej – głodni i okropnie wymięci.

Na granicy bułgarsko–tureckiej staliśmy krótko. Tureccy pogranicznicy byli bardzo sympatyczni, jeden z nich życzył nam udanej podróży w języku polskim. Za wizę zapłaciliśmy $15 od łebka, ale, co ciekawe, jadący tym samym autobusem Węgrzy zapłacili po €20. Nie ma to jak być Polakiem.

Ogólnie rzecz biorąc, to nasz sposób dojazdu do Stambułu zdecydowanie nie był wariantem najtańszym, głównie przez to, że w pociągu relacji Lwów–Burgas nie ma wagonów płackartnych i dlatego bilet jest drogi. Całkowity koszt dojazdu z Krakowa do Stambułu wyniósł 330 zł. Chyba taniej byłoby pojechać płackartnym ze Lwowa do Czerniowców, stamtąd prywatnym autem do Suczawy, gdzie z kolei można wsiąść w autobus do Stambułu.

Dworzec autobusowy w Stambule jest ogromny. Odjeżdżają stamtąd setki autobusów, a biura firm oferujących przewozy ciągną się w nieskończoność. Są oczywiście watahy naganiaczy, którzy otaczają turystę i chcą go wieźć, nie ważne gdzie, byle z nimi. Z dworca do centrum najlepiej dojechać metrem do stacji Aksaray i dalej tramwajem. My pojechaliśmy do dzielnicy Sirkeci, gdzie jest dużo tanich hotelów. Po długich negocjacjach wybraliśmy hotel Hürriyet za $7 za osobę/dobę. Spaliśmy razem wszyscy w pokoju czteroosobowym. Wieczorem Press postanowił wdrożyć program „trzeźwość” i pozostał w hotelu, podczas gdy reszta grupy poszła na piwko do pobliskiej knajpy. Ceny europejskie.

Następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie Stambułu od wizyty w Pałacu Sułtanów, potem zaliczyliśmy Błękitny Meczet oraz Kościół Mądrości Bożej (wstęp 10 lir). Zajęło to nam prawie cały dzień, a wieczorem oglądaliśmy pokazy sztucznych ogni nad cieśniną Złoty Róg w ramach obchodów Dnia Zwycięstwa.

Kolejny dzień w Stambule zaczęliśmy od bazarowania. W planie mieliśmy odwiedzenie Bazaru Egipskiego i Wielkiego Bazaru, ale w końcu skończyło się tylko na Egipskim – więcej już nam się nie chciało. Dziewczyny kupiły sobie cała siatkę chustek, wzięliśmy też trochę herbaty i insze produkty.

Zdjęcie: Nowy Meczet (Yeni Cami)
Nowy Meczet (Yeni Cami)

Potem popłynęliśmy komunikacją miejską do dzielnicy Haydarpaşa na azjatyckiej stronie Bosforu. Jest tam dworzec o tej samej nazwie, który obsługuje połączenia kolejowe w głąb Turcji. Wrzuciliśmy na ruszt pyszną rybkę i poszliśmy na pociąg do Kayseri – stolicy Kapadocji. Dobrze, że przyszliśmy wcześniej na dworzec (odjazd był o 20:05, my byliśmy tam prawię godzinę wcześniej), bo dzięki temu udało nam się zająć cały 6-cio osobowy przedział. Miejscówek w drugiej klasie nie ma. Pociąg był dość załadowany, dwóch dziwnych typów w pewnym momencie szturmowało nasz przedział, ale trzeźwy i wypoczęty Press zachował czujność i dał im odpór: „Do you speak English? Гавариш па русски? Nie? To spadaj!”.

Kapadocja
01-02.09.2006

Zdjęcie: Welcome to Göreme
Welcome to Göreme

Pobudka w pociągu następnego dnia nie należała do najprzyjemniejszych. Jedynym, który się w miarę wyspał byłem ja, jako że spałem na półce na bagaże nad wejściem do przedziału. Pozostała piątka spędziła noc niezbyt wygodnie, mimo rozkładanych siedzeń w przedziale. W pociągu poznaliśmy bardzo sympatycznego p. Mustafę, który zawiózł nas swoim autem (Toyota pick-up) do Göreme, po drodze jeszcze zatrzymując się w podziemnym mieście Özkonak. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Maron Cave Pension za 17 lir od łebka. Trochę drogo, ale nikomu nie chciało się już nic innego szukać. Standard całkiem niezły – łazienka w pokoju, etc.

Następny dzień zaczęliśmy od śniadania w pensjonacie, które było wliczone w koszt noclegu. Oczywiście kuzyn naszego gospodarza koniecznie chciał nas obwozić po okolicy busem (za opłatą ma się rozumieć) zarzekając się, że na pewno będzie padać. Jego prognozy nie sprawdziły się, pogoda była super i udało się nam zrobić piękną wycieczkę. Spróbowaliśmy pokonać trasę opisaną w przewodniku Bezdroży, ale zgubiliśmy się przy podejściu na górę Bozdăg i w końcu zeszliśmy do doliny Zelve. Wstęp do doliny jest płatny, a u jej wylotu kłębią się tłumy turystów. Widoki w trakcie całej wycieczki były fantastyczne, naprawdę warto zmierzyć się z upałem i palącym słońcem i wyjść na pieszą wycieczkę we wzgórza Kapadocji.

Zdjęcie: Kominy skalne
Kominy skalne

Ogólnie rzecz ujmując, to w Kapadocji zaczyna panować komercja. Wszędzie chcą z człowieka zedrzeć kasiorę. Natomiast przyroda (formy skalne) trzeba przyznać robią ogromne wrażenie. To przyciąga turystów, no i cały interes się kręci. Komercjalizacja jest na etapie plastra i śliny, to znaczy wszędzie jest już pełno pensjonatów i straganów z badziewną cepeliadą. Z drugiej strony wciąż można się bez ograniczeń szwendać po skalnych miastach, które w większości są niezabezpieczone. Właściciele pól położonych wśród skał ścigają wałęsających się turystów, wygrażając im i złorzecząc po turecku – turyści w trakcie łazikowania podjadają pomidory i winogrona :)

Dziennik wyprawy:

Wieczorem wyjazd z Göreme do Kayseri. Pociąg, który miał nas zawieźć do Erzurum spóźnił się prawie trzy godziny, więc koczowaliśmy zziębnięci na peronie. Na szczęście wreszcie przyjechał i udało nam się znaleźć cały przedział wolny (najbardziej baliśmy się, że będziemy sterczeć na korytarzu wciśnięci pomiędzy ludność tubylczą). Noc przespana w prawie komfortowych warunkach, wyciągnięci na siedzeniach, kulturka, swojski zapaszek skarpet...

Dojazd z Kapadocji do Gruzji
03-04.09.2006

Rankiem następnego dnia ludność tubylcza zaatakowała nasz przedział, ale w celach jak najbardziej pokojowych. Nieważne, że nic nie rozumieliśmy. Mówili niczym nie zrażeni.

Pociąg ciągle miał jakieś przestoje i nasze opóźnienie rosło. Chyba ze 3 godziny staliśmy na stacji Cetinkaya. Został ogłoszony zakład ile waży worek z muszelkami zebranymi nad brzegiem Morza Czarnego w Burgas. Oto sporządzony komisyjnie protokół:

Miejsce: TURCJA, CETINKAYA
Data: 03.09.2006
Temat: MUSZELKI Z BURGAS
Zakres: Zakład towarzyski – ILE WAŻĄ MUSZELKI?
Nagroda: Zwolnienie ze składki na alkohol na imprezę rozchodnią po zakończeniu wycieczki
Członkowie: WYPRAWA
Zakład: Pepson – 450 gr, Press – 650 gr, Paweł – 530 gr, Martynka – 560 gr, Muszka – 600 gr, Ewcia – 550 gr
Liczba muszelek: 56 sztuk
Komisja w składzie: Paweł – przewodniczący [tu podpis]
                                        Ewcia – z-ca przewodniczącego [tu podpis]

Zakład chyba nie został nigdy rozstrzygnięty...

Zdjęcie: Widoki z pociągu
Widoki z pociągu

W końcu ruszyliśmy w dalszą podróż. Fantastyczne widoki z pociągu zaczęły się jakieś półtorej godziny jazdy przed miejscowością Güllübağ. Piękne góry i przełom rzeki. Oglądnęliśmy zachód słońca, aby w końcu dotrzeć o godzinie 1:30 dnia następnego do Erzurum. Sumaryczne opóźnienie pociągu wyniosło 8,5 godziny. Silna grupa w składzie Press & ja poszła na rekonesans, ale w sumie niewiele się dowiedzieliśmy, ponieważ dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy do miejscowości Hopa nad Morzem Czarnym był oczywiście zamknięty na głucho o tej porze. Okolica trochę ponura, ale na plus tego miejsca trzeba zaliczyć niskie ceny – Erzurum nie jest miastem turystycznym.

Nie pozostało nam nic innego jak położyć się spać na dworcu. Mogliśmy się czuć bezpiecznie, bo na dworcu stacjonowało chyba z pół dywizji wojska – pewnie jechali na jakieś ćwiczenia. Domyślaliśmy się mgliście, że to pewnie ta mała mobilizacja stoi za opóźnieniem ruchu pociągów. Od czasu do czasu któryś z wojskowych zaglądał do poczekalni, w której spaliśmy. Bardzo ich bawił widok turystów śpiących na karimatach na podłodze.

Rankiem czwartego września zabraliśmy się dworzec autobusowy i kupiliśmy bilety do Hopy w cenie 25 lir za sztukę. Nawet chyba dostaliśmy jakąś zniżkę, gdyż było nas aż sześć osób. Kawałek drogi z Erzurum do Hopy to niby nic w porównaniu z poprzednimi odległościami, ale w praktyce okazało się, iż pokonanie go wymaga spędzenia siedmiu godzin w autobusie. Droga wiedzie przez potężne Góry Pontyjskie do Artvinu i dalej nad Morze Czarne. Widoki fenomenalne – szosa pnie się zakrętami po zboczach stromych masywów. Po przejechaniu przełęczy Cankurtaran czekała nas niemiła niespodzianka. Po stronie Morza Czarnego było pochmurno i padał deszcz. Tak więc nasz plan, żeby tej nocy spać „na dzikensa” na plaży spalił na panewce.

Sarpi (სარფი)
04/05.09.2006

Pojechaliśmy taksówką do przejścia granicznego w Sarpi. Już po gruzińskiej stronie znaleźliśmy nocleg za $25 za sześć osób. Nasz gospodarz Kostia, Rosjanin, trafił do Gruzji bo jego ojciec był oficerem w marynarce radzieckiej i tutaj był stacjonował. Wieczorem trochę się zrobiliśmy – Kostia poczęstował nas swoim domowym winem. Przy okazji wyjaśniła się przyczyna opóźnienia pociągów i obecności armii na dworcach w Turcji. Kurdowie coś narozrabiali i Turcy wysłali parę pociągów z wojskiem na wschód, akurat wtedy kiedy i my tam jechaliśmy.

Zdjęcie: Plaża w Sarpi
Plaża w Sarpi

Ranek następnego dnia był pochmurny ale wczesnym popołudniem powiał lekki wietrzyk, chmury się rozstąpiły i cała miejscowość wyległa na plażę, a my razem z nimi. Kostia pożegnał nas po gruzińsku – po dwie banie samogonu zwanego cza-cza na głowę, kolejna butelka tego zacnego trunku do plecaka i można ruszać w dalszą drogę. Dzień spędziliśmy na plaży w Sarpi na zmianę pluskając się w Morzu Czarnym albo wylegując się na słońcu. Do Batumi ruszyliśmy dopiero po zachodzie słońca. Podjechaliśmy tam busem i rozpoczęliśmy poszukiwania Gajowego – siódmego uczestnika wycieczki, który miał do nas dołączyć właśnie tam. Wyluzowanego Gajowego, z malutką siateczką jako bagażem zlokalizowaliśmy po półgodzinnych poszukiwaniach przy dworcu autobusowym. Bagaż zasadniczy (w tym butelka wiśniówki) zaginął mu przy przesiadce w Moskwie. Przywitaliśmy go po gruzińsku – czaczą, tak jak wcześniej zostaliśmy pożegnani przez Kostię.

Batumi (ბათუმი)
05/06.09.2006

Zdjęcie: Batumi – straszy szkielet niedokończonego bloku
Batumi – straszy szkielet niedokończonego bloku

Nocowaliśmy w hotelu Lavros, za 45 lari za siedem osób. W pokoju były trzy łóżka, ale zależało nam na jak najniższej cenie, więc część wycieczki spała na podłodze. Wieczorem ja i Gajowy wybraliśmy się po piwo na miasto, co zakończyło się utratą moich okularów oraz stratami finansowymi wysokości 40 hrywien ukraińskich. Początkowo przyjazna rozmowa z grupą miejscowych młodzieńców po spożyciu paru butelek czaczy zamieniła się z nieznanych przyczyn w przepychanki. Na skutek spożycia czaczy dokładny przebieg zdarzeń nie jest jasny ani dla mnie ani dla Gajowego. Tutaj trzeba od razu nadmienić, że Gruzini są bardzo gościnni i bardzo pomocni dla przybyszów z zagranicy i tylko wyjątkowemu „talentowi” mojemu i Gajowego należy przypisać to, co się zdarzyło. Zresztą gdy poznałem Gajowego (w Batumi to było nasze drugie spotkanie w życiu), to zostaliśmy wyrzuceni przez obsługę pewnego lokalu w Krakowie za awanturowanie się, co żadnemu z nas z osobna jeszcze nigdy się nie przydarzyło...

Plan na następny dzień obejmował leżenie na plaży, ale nic z niego nie wyszło, gdyż pogoda zaczęła się psuć. Dokładnie w momencie gdy dotarliśmy ze wszystkimi gratami na plażę zerwał się bardzo ulewny deszcz. W efekcie większość dnia spędziliśmy w niedokończonym (w trakcie budowy) budynku cafe baru, socjalizując się z robotnikami i popijając wino z baniaka. Tam poznaliśmy Garika i Artura – sympatycznych Gruzinów. Garik i Artur odprowadzili nas do dworca kolejowego i załatwili nam bilety na pociąg, które, jak się okazało, nie tak łatwo jest dostać. Press uważał, że Garik i Artur to agenci, którzy zostali oddelegowani, żeby nas pilnować. Nie bardzo wiedział czemu tak miałoby być, ale upierał się przy swoim :)

Nocny pociąg relacji Batumi–Tbilisi odjeżdża gdzieś w okolicy północy, kosztuje 15 lari i przyjeżdża do Tbilisi o ósmej rano. Gajowy dał popis chrapania w pociągu, wtórował mu Press i przez moment wydawało się, że reszta pasażerów nas zlinczuje, ale jednak kaukaska gościnność przeważyła i dojechaliśmy do Tbilisi z kompletnym uzębieniem :)

Tbilisi (თბილისი)
07.09.2006

Zdjęcie: Flaga przed budynkiem gruzińskiego parlamentu
Flaga przed budynkiem gruzińskiego parlamentu

Rano lądowanie w Tbilisi. Pojechaliśmy na ulicę Ninoshvili 19B (metro Marjanishvili) do hostelu prowadzonego przez panią Irinę. Za 10 lari od osoby mieliśmy do dyspozycji całą górę mieszkania z pięcioma łóżkami, balkonem, łazienką i kuchnią. Pani Irina ma bardzo duże mieszkanie, przewija sie tam dużo turystów z Polski, Niemiec, Holandii i innych krajów Europy. Ponoć takich hosteli jest całkiem sporo, ale trzeba znać adres, żeby je znaleźć.

Po zalogowaniu się w hotelu poszliśmy na miasto – zrobiliśmy trasę opisaną w Lonely Planet, z tym, że zmęczenie podróżą sprawiło, iż nawet Paweł nie miał ochoty wspinać się na twierdzę górującą nad miastem (zazwyczaj nie można go powstrzymać od włażenia do twierdz, bunkrów, okopów, transzei i inszych fortyfikacji). W drodze powrotnej do hostelu zwiedziliśmy Muzeum Narodowe, wszyscy oprócz Pressa, który postanowił zdrzemnąć się przed wejściem. Nie był to dobry pomysł – przechodzący policjanci go przydybali i musiał się tłumaczyć.

Mscheta (მცხეთა)
08.09.2006

Zdjęcie: Kościół Jvari góruje nad okolicą Mschety
Kościół Jvari góruje nad okolicą Mschety

Tego dnia postanowiliśmy wybrać sie do położonej niedaleko do Tbilisi Mschety. Oglądnęliśmy tam kościół Samtavro z XII-go wieku i „zdobyliśmy” twierdzę Bebris Tsikhe. Tam natknęliśmy się na archeologów i robotników, którzy przygotowywali teren pod przybycie ekipy rosyjskich archeologów. Byli już po pracy, więc nie obeszło się bez kilku toastów, które wznosiliśmy piwem pitym z pucharów zrobionych z obciętych butelek PET. Dziewczynom bardzo spodobał się szef archeologów. „Niezłe ciacho” – stwierdziły jednogłośnie. „Eee, to nieporozumienie” – ripostował Gajowy, który miał inne zdanie w tej kwestii. Zdążyliśmy jeszcze zwiedzić katedrę Sveti-Tshoveli (wnętrze w trakcie kapitalnego remontu) zanim zapadł zmrok. Na główną atrakcję byłej gruzińskiej stolicy – górujący nad okolicą kościół Jvari z VI-go wieku – nie starczyło już czasu. Trochę bez sensu, ale tak to jest jak się późno wstaje z wyra.

Podróż powrotną do Tbilisi odbyliśmy taksówką (Fiat combi – ja z Gajowym w bagażniku) za 15 lari, bo marszrutki już nie jeździły z powodu późnej pory.

Kazbegi (ყაზბეგი)
09-10.09.2006

Zdjęcie: Kazbek (5047 m n.p.m.)
Kazbek (5047 m n.p.m.)

Znowu zaspaliśmy! Przez gruzińskie wino. Ponoć gruzińskie wina są rewelacyjne, ale jak do tej pory wszystkie, na które trafiliśmy w sklepach smakowały jakby były zrobione z buraków. Inna sprawa, że przy wyborze winka konsekwentnie stosowaliśmy kryterium ceny :)

Jakoś w końcu udało nam się dotoczyć na dworzec Didube i załadować do marszrutki do Kazbegi w górach Kaukaz (bilet 10 lari). Busiarz miał odjechać o 17-tej, ale w sumie ruszył chyba z godzinnym opóźnieniem, gdyż cały czas czaił się na ostatniego klienta, żeby mieć komplet w wozie. Droga do Kazbegi była bardzo emocjonująca. Wkrótce po minięciu Mschety skończyła się dobra nawierzchnia, lecz mimo to kierowca nierzadko pędził 80 km/h po rozsypującej się drodze, nad kilkusetmetrowymi przepaściami. W około straszyły wraki chybionych inwestycji turystycznych z czasów Związku Radzieckiego — potężne, betonowe tarasy na kompletnym pustkowiu, zrujnowane budynki pensjonatów, które najprawdopodobniej nigdy nie zostały dokończone i jeszcze zanim zdążyły przyjąć pierwszego turystę już zaczęły popadać w ruinę. W miarę zbliżania się do przełęczy Jvari droga stawała się coraz mniej i mniej wyraźna, aby w końcu na samej przełęczy zamienić się szuter powstały ze zmurszałego asfaltu. Kazbegi osiągnęliśmy po 30-to minutowym zjeździe z przełęczy. Zatrzymaliśmy się na dwie noce w hotelu Lomi, położonym zaraz przy głownym placu miasteczka.

Zdjęcie: Chmury nad kościołem Tsminda Sameba
Chmury nad kościołem Tsminda Sameba

Następny dzień był dniem wycieczkowym. Mieliśmy dużo szczęścia – niedzielny poranek przywitał nas piękną, słoneczną pogodą, co w Kazbegi bynajmniej nie jest regułą. Poszliśmy na wycieczkę do kościoła Tsminda Sameba, który usadowiony jest na górze, jakieś 700 m ponad miejscowością. Fantastyczne widoki i niezapomniany klimat. Nad wszystkim góruje potężny masyw góry Kazbek (5047 m n.p.m.). Próbowałem jeszcze dojść do lodowca Gergeti, tak jak opisane w przewodniku Lonely Planet, ale samemu nie chciało mi się zbyt daleko wypuszczać. Reszta grupy poległa na łączce nad Tsminda Sameba kategorycznie odmawiając dalszej wspinaczki. Spotkaliśmy też turystów (para z Czech i para z Izraela), których zamiarem było dotarcie na szczyt Kazbeka.

Davit Gareja (დავით გარეჯა)
11.09.2006

Zdjęcie: Klasztor dolny widziany z góry
Klasztor dolny widziany z góry

Powrót z Kazbegi do Tbilisi zajął nam 3 godziny (marszrutka, 8 lari bilet). Jedyny autobus z Kazbegi do Tbilisi odchodzi o 9.00 (bilet 6 lari) ale ponoć jedzie dużo dłużej niż marszrutka. Na dworcu Didube w Tbilisi dogadaliśmy się z kierowcą busa, żeby nas zawiózł do Davit Gareja – prastarego zespołu klasztorów wykutych w skale. Początkowo wyglądało na to, ze trzeba będzie zapłacić 200 lari za taką przyjemność, ale po krótkich poszukiwaniach udało się znaleźć chętnego kierowcę, który zgodził się zawieźć nas na miejsce, poczekać na nas i odwieźć z powrotem za 90 lari. Kierowca okazał się być bardzo sympatyczny, towarzyszył nam w trakcie zwiedzania i opowiadał o Davit Gareja (jego namiary podaję w sekcji info). Dojazd do Davit Gareja zajmuje trochę czasu – kompleks znajduje się w szczerym polu przy granicy z Azerbejdżanem, a droga, która tam prowadzi jest momentami nader kiepskiej jakości. Tym niemniej na pewno warto tam pojechać – miejsce na prawdę robi wrażenie.

W końcu późnym wieczorem zmordowani zawitaliśmy ponownie do hostelu przy Ninoshvili w Tbilisi. Pani Irina dotrzymała obietnicy i trzymała dla nas nasze poddasze! Super!

Gori (გორი)
12.09.2006

Nadszedł ostatni pełny dzień naszego pobytu w Gruzji. Niestety, pogoda nie dopisała – było jak w listopadzie u nas w Polsce. Zabraliśmy się do Gori, aby obejrzeć Muzeum Stalina. W Gruzji mają chyba duży deficyt bohaterów narodowych skoro ktoś o tak wątpliwej reputacji jak piekłoszczyk Soso Dżugaszwili pełni rolę naczelnego gieroja. No ale co kraj to obyczaj...

W muzeum, jak się można domyślać, Józef Wissarionowicz wyziera z każdego zakątka. Oprócz całej masy fotografii (w tym z konferencji w Poczdamie i Jałcie) jest tam także maska pośmiertna twarzy Stalina, a na podwórku obok muzeum stoi wagon kolejowy, którym wódz podróżował. Dom, w którym Stalin się wychował też jest zachowany i stoi pod specjalnym zadaszeniem jako swoistego rodzaju ogromny eksponat.

Zdjęcie: Wołodia i Soso spoglądają ze ściany muzeum
Wołodia i Soso spoglądają ze ściany muzeum

Po zwiedzeniu muzeum ja i Paweł poszliśmy oglądnąć twierdzę w Gori – nic specjalnego w sumie. Reszta grupy zaś udała się do restauracji, gdzie konsumowała gruzińskie wino i czekoladę. Jakiś pan ze stolika obok widząc, że jedzą czekoladę, wyszedł z restauracji, poszedł do sklepu i kupił pudełko czekoladek, które następnie wręczył zaskoczonym imprezowiczom. Gdy otworzyli bombonierkę i poszli go poczęstować, dostali jeszcze po kolejce wódeczki! Gruzini są naprawdę niesamowici! Zresztą wcześniej, w tej samej knajpie, gdy jedliśmy obiad przed wizytą w Muzeum Stalina, jeden z klientów opuszczając restauracje postawił nam dzban wina wychodząc z lokalu...

Wracając z Gori, natknęliśmy się w autobusie na... Gajowego! Nie pojechał z nami, bo chciał załatwić sobie wizę rosyjską w ambasadzie w Tbilisi, ale po nieudanych próbach pokonania rosyjskiej biurokracji wsiadł w taksówkę i przyjechał do Gori. Zwiedził muzeum i wracał ostatnim autobusem gdy się spotkaliśmy.

Powrót do Polski
13-14.09.2006

Zbieramy się do powrotu. Rano pakowanie, a potem szybki przerzut na Tbilisi International Airport (autobus nr 37). Obawy co do taboru linii lotniczych Ukrainian Mediterranean Airways (UM Air) okazały się bezzasadne. Nie musieliśmy lecieć antonowem czy tupolewem, tylko maszyną firmy McDonnell-Douglas. Okazało się, że w UM Air tradycyjnie serwują dowolną ilość wódki bez dodatkowych opłat. Press skwapliwie skorzystał z hojnie serwowanych kolejek (pół plastikowego kubka na jeden raz) na skutek czego przy kontroli paszportowej na lotnisku Boryspil Martynka musiała nieco pomagać mu w utrzymaniu pionu :) Z Boryspila pojechaliśmy autokarem firmy Atass do Kijowa pod dworzec kolejowy (bilet 20 hr). Tam kupiliśmy bilety do Lwowa na pociąg nr 81 relacji Kijów–Użogród (45 hr płackartny). Ze Lwowa pojechaliśmy elektriczką do Szegini. Udało nam się uprosić żołnierza pilnującego kolejki na przejściu pieszym żeby pozwolił nam przejść poza kolejnością, w ramach promowania turystyki :) Podobny manewr zastosowaliśmy przed posterunkiem polskim i w ten sposób powróciliśmy do kraju.

Chciałbym bardzo podziękować wszystkim towarzyszom podróży za fantastycznie spędzone chwile. Ponadto dodatkowe podziękowania należą się Muszce, Pawłowi „Le Pompier Sec”, Gajowemu oraz Pressowi za zgodę na wykorzystanie ich zdjęć na tej stronie.

. . .

Korzystaliśmy z następujących opracowań:

  • R. Plunkett, T. Masters, Georgia, Armenia & Azerbaijan, wyd. 2, Lonely Planet, Footscray 2004.
  • N. Wilson, D. Rowson, B. Potter, K. Japaridze, Georgia, Armenia & Azerbaijan, wyd. 1, Lonely Planet, Footscray 2000.
  • W. Korsak, Turcja. Kraj czterech mórz, Bezdroża, Kraków 2005.
  • Caucasus, mapa 1:1 000 000, GiziMap, Budapeszt 2003.



Szukaj

Informacje

Czas: 26.08 – 14.09.2006
Lp. uczestników: 7
Tekst: Pepson
Kontakt: pepson (at) kafary pl

->  WIĘCEJ INFO

Galeria

Galerie zdjęć

Jeszcze więcej zdjęć z tej wyprawy można znaleźć na stronie Muszki i na stronie Pressa.

Globetrotters