Torres del Paine i Atacama – Chile 2008
Warning: file_put_contents(content/wyprawy/chile_08/artykul-CACHE.html) [function.file-put-contents]: failed to open stream: Permission denied in /home/pepson/public_html/template/articles/show_article.php on line 13
|
Park Narodowy Torres del Paine i słona pustynia Atacama – głównie te dwa miejsca zwiedziliśmy podczas naszej podróży po Chile. To tylko ułamek turystycznych atrakcji tego kraju, ale i tak wystarczający do wypełnienia dwutygodniowego pobytu. Zwłaszcza, że miejsca te odległe są od siebie o ponad trzy tysiące kilometrów.
Punta Arenas ::
Torres del Paine ::
PA po raz drugi ::
Atacama ::
Valparaíso
|
|
Lecimy do Punta Arenas
26–27.01.2008
Zbieramy się na lotnisku w podkrakowskich Balicach w silnym czteroosobowym składzie: Ania, Gosia, Krzychu i Pepson. Tym razem mamy spory odcinek do pokonania i jak zwykle nie mamy „miejscówek” – lecimy na biletach stand by. Do Frankfurtu – pierwszego punktu przesiadkowego – dostajemy się bez problemu. Potem zaczynają się kłopoty. Ogromny Boeing 747 Lufthansy wygląda jakby mógł pomieścić ludność sporego miasteczka, ale frau w check-inie gasi nas bezlitośnie: – „Wpiszcie się na listę, na razie wygląda, że mamy komplet. Za chwilę będzie tu kapitan, pogadajcie z nim – może zgodzi się wziąć was na miejsca dodatkowe.” Kapitan spełnia wszelkie wyobrażenia o dowódcy statku powietrznego renomowanej niemieckiej firmy lotniczej – jest wysoki, wyprostowany, przyprószone siwizną skronie. Podczas gdy Ania przekonuje go o doniosłości swojej pracy dla Lufthansy i wynikającej stąd konieczność zabrania nas na pokład, z nieoczekiwaną pomocą przychodzą nam bracia Rosjanie. A dokładniej ich tradycyjna skłonność do spożywania napojów wyskokowych w trakcie podróży. Trzech osobników o słowiańskich rysach i czerwonych nosach zauważyłem już wcześniej, gdy jeden z nich spowodował małe zamieszanie swoimi próbami wydostania się do sklepu z alkoholem już po boardingu. Któryś z tej trójki nie wytrzymuje tempa narzuconego przez kolegów i jeszcze przed startem zostaje usunięty z samolotu. Jego miejsce zajmuje Krzychu, Ania bierze miejsce pasażera, który się nie zjawił, zaś ja i Gosia zostajemy umieszczeni w małej kanciapie między klasą biznesową a kokpitem. Nie ma tam co prawda okna, ale miła stewardesa przynosi nam odpady z business class – czerwone wino i zestawy podróżne dla biznesmenów, które zawierają masę użytecznych przedmiotów, m.in. skarpety. Drobna rzecz, a cieszy, bo własnych mam tylko dwie pary :). W São Paulo lądujemy w dobrych humorach, aczkolwiek Krzysztof jest trochę zmęczony towarzystwem imprezujących Rosjan :). Przesiadka na samolot Swiss Air do Santiago udaje się bez żadnych komplikacji, podobnie jak ostatni odcinek podróży – lot z Santiago do Punta Arenas, tym razem chilijskimi liniami LAN.
W Punta Arenas jest słonecznie, ale dają w kość silne podmuchy wiatru. Bierzemy taksówkę z lotniska do miasta (to jedyny sposób dojazdu, tę i inne ceny z wyprawy zamieszczam w sekcji info). Tam nocujemy w okropnie drogim (30 000 pesos – 163 zł za pokój 2-os.) hostelu „Patagonia Nativa” przy ul. O’Higginsa – jesteśmy wykończeni podróżą i nie mamy siły szukać tańszego noclegu. 
Punta Arenas
28.01.2008
 |
| Statua Indian Ona |
Ranek poświęcamy na czynności organizacyjne: kupujemy mapę turystyczną Parku Narodowego Torres del Paine, zaopatrujemy się w prowiant na planowany trekking, oraz kupujemy kartusze z gazem. Wszelaki osprzęt można dostać w Punta Arenas bez problemu, jest kilka dużych supermarketów oraz sporo sklepów turystycznych (ceny: patrz info). Postanawiamy zostać w PA jeszcze jedną noc więc wynosimy się z „Patagonia Nativa” i szukamy czegoś tańszego. Szybko okazuje się, że PA nie jest tanie. Tak naprawdę to w tym miasteczku na końcu świata nic specjalnego nie ma, ale stało się ono modne i poza tym stanowi bazę wypadową dla różnych przedsięwzięć turystycznych. To oczywiście odbija się na cenach. Hostele na ogół oferują miejsca w tzw. dormitory (wspólna sala), które są najtańszą opcją, ale w sezonie są wszystkie zajęte. W końcu przenosimy się do hostelu „Fitz Roy” (20 000 pesos – 108 zł za pokój 2-os.). Kupujemy bilet na następny dzień rano na autobus do Parku Narodowego Torres del Paine i postanawiamy trochę powłóczyć się po mieście.
Zwiedzanie PA zaczynamy od centralnego placu (Plaza Muñoz Gamero), na którym znajduje się pomnik Indian Ona – rdzennych mieszkańców tych terenów, którzy jednakże nie przetrwali zetknięcia z cywilizacją białego człowieka. Lokalna legenda głosi, że potarcie kciuka u nogi Indianina przynosi szczęście, stąd też organ ten już z daleka świeci wypolerowanym mosiądzem. Każdy kto może to pociera, trzemy więc i my. Okaże się, że słusznie – będziemy mieć świetną pogodę w Torres del Paine, a Krzychu nawet znajdzie wypchany portfel w krzakach nad Lago Nordenskjöld, ale o tym później. Z placu udajemy się nad Cieśninę Magellana, gdzie spacerujemy po plaży, podziwiamy statki w przystani, a wiatr usiłuje urwać nam głowy. Nie da się ukryć, że w tej okolicy wieje dość mocno :).
 |
| Pingwin z Seno Otway |
Kolejna atrakcja dnia to wycieczka do kolonii pingwinów Seno Otway, którą zamówiliśmy sobie w jednym z licznych biur turystycznych. Jedziemy busem razem z grupką innych turystów kilkanaście kilometrów na północny zachód od PA nad zatokę Otway. Kolonia pingwinów, która się tam znajduje, liczy 6000 par, jest więc znacznie mniejsza od najsłynniejszej kolonii Monumento National Los Pingüinos znajdującej się na Isla Magdalena, ale za to odwiedzenie jej możliwe jest w jedno popołudnie. Pingwiny gnieżdżą się w norach na brzegu i wydeptują ścieżki do morza, gdzie zdobywają pokarm. Łażą wszędzie kołysząc się w swój charakterystyczny, pingwini sposób i nie przejmują się obecnością licznych turystów. Zwiedzanie trwa ok. godziny – nie trzeba chyba nadmieniać, że wieje.
Pierwszy pełny dzień w Chile nie byłby kompletny bez degustacji miejscowego piwa. Wybieramy lokalny bar „Pali Ake” gdzie spożywamy po dwa kufle Schop Austral. Schop oznacza piwo lane – pewnie pozostałość po niemieckich imigrantach. Natomiast Austral to przymiotnik ogólnie oznaczający coś co ma związek z półkulą południową. Piwko niczego sobie, ale pomni faktu, iż następnego dnia wstajemy rano poprzestajemy na dwóch. Przemiła obsługa lokalu funduje nam na koszt firmy talerz pysznych pierogów. Wszyscy nas lubią – jakie to miłe :). 
Torres del Paine
29.01–02.02.2008
 |
| Droga z Laguna Amarga do Hosteria las Torres |
Rankiem karnie stawiamy się na rogu Av. Colón i Magallanes w oczekiwaniu na transport do Torres del Paine. Autokar przyjeżdża z lekkim opóźnieniem ale mimo to wkrótce mkniemy na północ przecinając prerię gdzieniegdzie porośniętą niewysokimi drzewkami. Na chwilkę zatrzymujemy się w miejscowości Rio Rubens, która składa się tylko z jednego domu – zajazdu Rio Rubens. Zaczynamy czuć, że jesteśmy na końcu świata. Przejeżdżamy Puerto Natales, jakieś 30 km za miastem kończy się asfaltowa droga i dalej tłuczemy się po nieutwardzanej nawierzchni, co jednakże z nawiązką rekompensują nam piękne widoki. Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do Guardiera Laguna Amarga – głównego wejścia do parku. Wypełniamy specjalne karty z nazwiskiem, numerem paszportu, planowaną trasą i czasem pobytu oraz płacimy opłatę za wstęp wysokości 15 000 pesos (81 zł) od osoby.
Z Laguna Amarga ruszamy pieszo do kempingu Las Torres (7 km) położonego trochę przed Hosteria Las Torres – dużego zajazdu gdzie rezydują turyści bardziej zasobni w gotówkę. Pogoda jest piękna, świeci słońce a my podziwiamy rewelacyjne widoki na słynne wieże skalne, będące wizytówką Patagonii. Rozbijamy się na kempingu – miał być darmowy, ale wieczorem dopada nas la seniora, która zbiera opłaty za nocleg (3 500 pesos – 19 zł od osoby). Spędzam pierwszą w Chile noc pod gołym niebem – wzięliśmy tylko 3-osobowy namiot żeby było lżej, a ja nie znoszę tłoku :).
 |
| Torre d’Agostini, Torre Central i Torre Monzino |
Rano następnego dnia ruszamy na podbój słynnych wież, a dokładnie rzecz ujmując chcemy wejść na punkt widokowy znajdujący się przy jeziorku pod wieżami; szczyty granitowych olbrzymów zdobyć może tylko alpinista. Pogoda znowu dopisuje i raźno zagłębiamy się w dolinę rzeki Asencio zmierzając w stronę schroniska Chileno. Namiot i zbędne graty zostawiamy na kempingu, idzie się wiec lekko i przyjemnie. Przy schronisku spotykamy rodaków, spędzamy pół godzinki na pogawędce i idziemy dalej. Mijamy Campamento Torres i docieramy do Campamento Japones po drodze pokonując rozległe skupisko ogromnych głazów narzutowych. Okoliczności przyrody są zniewalające – wielkie jak dom okrąglaki, rwące potoki, wodospady, ośnieżone szczyty. Wracamy pod Campamento Torres i rozpoczynamy żmudne podejście pod wieże. Jest stromo, ale opłaca się – widoki na górze rekompensują wysiłek. Jest już wieczór gdy wracamy na nasz kemping, zmęczeni, ale pełni wrażeń. Współtowarzysze wycieczki mają do mnie lekkie pretensje, że wybrałem zbyt długą trasę, ale przecież nie po to pokonuje się pół świata, żeby pokręcić się koło namiotu i pójść spać. Aby ich udobruchać stawiam piwo w sklepiku przy Hosteria Las Torres, co jest niemałym wysiłkiem finansowym – ceny są zaporowe, puszka piwa 0,35 L kosztuje 1 500 pesos (8 zł). Wybierającym się do Torres del Paine zdecydowanie doradzam zabranie własnych zapasów. Ekipa jest zmęczona, więc browar wypijam praktycznie sam (nie będziemy przecież tego nosić!) i idę kładę się do spania podziwiając nieznane konstelacje południowego nieba.
 |
| Lago Nordenskjöld |
Kolejny dzień pięknej pogody! Pakujemy sprzęt i ruszamy w dalszą drogę, w stronę schroniska Los Cuernos. Szlak wiedzie brzegiem ogromnego jeziora Nordenskjöld. W trakcie pikniku na polance wznoszącej się nad jeziorem Krzychu udaje się w ustronne miejsce po czym wraca dzierżąc w ręce pękaty portfel. Zaraz potem następuje zmiana pogody. Niewinnie z początku wyglądające chmurki zakrywają całe niebo i wkrótce zaczyna padać rzęsisty deszcz. Zawijamy się w płaszcze przeciwdeszczowe i przemy dalej. Po dotarciu do schroniska Los Cuernos oddajemy znaleziony portfel szefowi, a sami robimy sobie dłuższy postój na herbatkę. Spotykamy parę z Polski – oczywiście obowiązkowa rozmowa, po czym wyruszamy do odległego o 5 km pola biwakowego Campamento Italiano, położonego u wylotu Valle del Francés. Przemoczeni rozbijamy namiot i już w komplecie ładujemy się do środka. Jest trochę ciasno, ale przynajmniej nie pada na głowę. Wieje potężny wiatr i pewnie byśmy w nocy odlecieli razem z namiotem gdyby nie sprawna akcja Krzycha, który zbiera wszystkie głazy z okolicy i przyciska nimi tropik. Mimo to podmuch wiatru uszkadza nam maszt. Na nasze szczęście jeszcze w nocy przestaje padać i pokazują się gwiazdy.
Rankiem odkrywamy zaletę silnego patagońskiego wiatru – jest on tak suchy, że potrafi wysuszyć w krótkim czasie nawet najbardziej przemoczone ubrania. Pozostawiony na noc na gałęzi drzewa gruby ręcznik, dosłownie ociekający wodą, wysechł w parę godzin na wiór. Suszymy więc ubrania, uważając, żeby były dobrze przywiązane do drzewa i szykujemy się do dalszej drogi. Wschodzi słońce i podziwiamy fantastyczną grę barw na szczytach otaczających Valle del Francés. Mamy szczęście – znowu będzie ładna pogoda. To bynajmniej nie jest regułą w tym rejonie – znajomy Ani, który był w TdP kilka dni po nas, nie ujrzał wież ani na chwilę. Wszystko okrywały grube chmury i ściana deszczu. Duchy Indian Ona najwyraźniej troszczą się o nas.
 |
| Statek turystyczny podpływa do góry lodowej |
Do Lodge de Montaña Paine Grande – następnego punktu naszej wycieczki – docieramy jeszcze przed południem. Szybko stawiamy namiot na polu biwakowym nad oszałamiająco błękitnymi wodami Lago Pehoe i bez plecaków niemalże biegniemy w stronę lodowca Gray. Czasu mało, a nam bardzo zależy na zobaczeniu lodowca, chociażby z daleka. Mimo pośpiechu Krzychu znajduje na szlaku aparat cyfrowy, który oddajemy na posterunku straży parkowej. Udaje się nam dotrzeć do punktu widokowego w okolicach schroniska Gray, skąd roztacza się imponujący widok. Spędzamy tam chwilę chyląc czoła przed czołem lodowca. W zatoczce jeziora pływa sobie góra lodowa – jest zupełnie błękitna, bardziej błękitna niż niebo. Wydaje się całkiem mała, ale dopiero gdy w jej pobliże podpływa statek wycieczkowy zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to naprawdę ogromy kawał lodu. W pewnym momencie fragment góry odrywa się i z głośnym hukiem ląduje w wodach jeziora. Miejsce zaiste urocze. Gdybyśmy mieli więcej czasu, można by pójść stamtąd jeszcze dalej, szlakiem wiodącym wzdłuż lodu, aż do ośnieżonej przełęczy Johna Garniera, która jest najtrudniejszym miejscem wszystkich szlaków Parku Narodowego Torres del Paine. Niestety nie starcza nam czasu – może następnym razem. Posilamy się kawą w schronisku Gray i ruszamy w drogę powrotną, aby tuż przed zmrokiem dotrzeć na kemping. Nasz krzywy namiot z przetrąconym masztem wygląda trochę żałośnie, ale trzyma się – dobrze dla nas, bo w nocy znowu zaczyna padać. Podmuchy wiatru osiągają siłę huraganu i maszt poddaje się ostatecznie.
Ostatni dzień w Parque Nacional Torres del Paine rozpoczynamy na luzie. Po wydostaniu się spod szczątków namiotu jemy śniadanko w altance pełniącej rolę jadalni (jest zlew i kuchenki), pakujemy graty, robimy małe zakupy w sklepiku (ceny – patrz info) i ustawiamy się w kolejce do katamaranu (bilet 11 500 pesos – 62 zł), który zabiera nas do Refugio Pudeto. Pogoda paskudna, pada nieprzyjemny deszczyk. Przy pięknej pogodzie widoki z łódki są ponoć rewelacyjne – nieprzypadkowo zdjęcie masywu Torres del Paine z wód Jeziora Pehoe znajduje się zaraz na początku przewodnika Lonely Planet po Chile. Nam niestety tym razem szczęście nie sprzyja – góry są schowane za chmurami.
 |
| Gwanako |
Teoretycznie z Refugio Pudeto ma nas zabrać ten sam przewoźnik, który przywiózł nas z Punta Arenas. Ale strażnicy twierdzą, że zdarza się, iż autobusy naszej firmy (Buses Barria) nie zawijają pod Refugio Pudeto, więc na wszelki wypadek decydujemy zabrać się za 1 000 pesos (5 zł) od łebka do Laguna Amarga autobusem konkurencji. Podczas oczekiwania na transport pojawia się samotne gwanako i staje spokojnie może trzy metry od nas. Dopiero nasze wrzaski „dawaj aparat” płoszą je. W trakcie jazdy do Laguna Amarga mijamy całe stada gwanako. Niektóre z nich w ogóle nie boją się samochodów. Próbujemy robić im zdjęcia, ale przez szybę poruszającego się pojazdu niewiele wychodzi. W Laguna Amarga gramy w kości i czekamy na transport do Punta Arenas. W końcu przyjeżdża autokar i na wieczór jesteśmy z powrotem w PA, które wita nas powiewami wiatru momentami tak silnego, że może przewrócić (trzeźwego) człowieka. Chronimy się w restauracji–barze „Lomit’s”, gdzie jemy lomito i pijemy piwo lane. Trochę po północy przemieszczamy się taksówka na lotnisko aby złapać poranny (4:00) samolot do Santiago. Instalujemy się w poczekalni, nastawiamy budziki na 3-cią i kładziemy się do spania na karimatach. 
Punta Arenas po raz drugi
03.02.2008
Rano konsternacja. Samolot o 4-tej jest pełny – nie ma nawet jednego wolnego miejsca. Co gorzej, wszystkie pozostałe loty tego dnia również są overbooked. Przeklinamy zamiłowanie Chilijczyków do podróżowania i postanawiamy jeszcze trochę się zdrzemnąć, skoro i tak nie można lecieć dalej. Na lotnisku w PA śpi się całkiem przyjemnie, przez chwilę rozważamy możliwość zostania tam do następnego dnia, ale potem odrzucamy tę opcję jako zbyt mało wartościową turystycznie. Wracamy na jeszcze jeden dzień do Punta Arenas.
 |
| Drogowskazy na Cerro la Cruz |
Meldujemy się na nocleg w „Hostel en Fin del Mundo”, po czym idziemy na spacer na Cerro la Cruz – wzgórze, z którego rozciąga się widok na całe miasto i Cieśninę Magellana z konturem Ziemi Ognistej w tle. Niedaleko, przy małej kafejce, znajdują się słupy z drogowskazami do metropolii całego świata. Żałujemy, że nie przygotowaliśmy deski z napisem „Kraków 14 276 km”, ale kto mógł wiedzieć... W hostelu oprócz nas jest jeszcze dwóch polaków, którzy wieczorem zapraszają nas na wino do winiarni La Luna pod drugiej stronie ulicy. Okazuje się, że są to nie byle jacy podróżnicy: Arek Pawełek – słynny żeglarz, który wsławił się m.in. samotnym przepłynięciem Atlantyku – oraz Wojtek Brzeziński, przedsiębiorca, który współfinansuje nowe przedsięwzięcie Arka – samotne opłynięcie Przylądka Horn (wyprawa zakończyła się sukcesem, można o tym przeczytać na onecie). W winiarni jest mapa świata, w którą można wbić szpilkę z nazwą swojego rodzinnego miasta. Europa zachodnia wygląda niczym jeż, ale Polska świeci pustkami. Wbijamy więc szpilę z Krakowem aby zaakcentować nasz pobyt w Punta Arenas. Na pożegnanie dostajemy od Arka dedykację z autografem złożoną na ulotce reklamującej winiarnę, z braku lepszego medium :). 
Atacama
04–07.02.2008
Przemieszczamy się na drugi koniec Chile – 3,5 tys. kilometrów na północ do znajdującej się niedaleko granicy boliwijskiej znanej miejscowości turystycznej San Pedro de Atacama. Wylatujemy z PA, przesiadamy się w Santiago i po międzylądowaniu w Antofagaście docieramy do Calamy. Tam bierzemy taksówkę do odległego o 100 km San Pedro – zależy nam na czasie. Jeszcze tego samego dnia udaje nam się zorganizować sobie program tych paru dni pobytu na Atacamie. Wycieczki rezerwujemy w „Desert Adventure”, jednym z kilkudziesięciu biur turystycznych działających w San Pedro (ceny: patrz info). Nasz pokiereszowany namiot z prowizorycznie naprawionym za pomocą taśmy masztem rozkładamy na kempingu „Los Perales” (3 500 pesos – 19 zł od osoby). Niby pustynia i środek lata, a po zachodzie słońca robi się zimno jak w psiarni – noce na wysokości 2 500 m n.p.m. nie należą do najcieplejszych nawet na zwrotniku. Trzeba oszczędzać wodę – prysznice działają tylko przez godzinę z rana i pod wieczór. No ale w końcu pustynia ma swoje prawa.
 |
| Laguna Chaxa |
Następnego dnia ruszamy na pierwszą wycieczkę – główne atrakcje to Salar de Atacama z flamingami i laguny Miscanti i Miñiques. Przewodnik, wyluzowany gość imieniem Danilo, nawija na zmianę po hiszpańsku i angielsku. Salar de Atacama wciśnięte jest pomiędzy Góry naszego rodaka Domejki i wulkaniczne pasmo Puntas Negras. Spływająca z gór podskórna woda nie znajduje innej drogi ucieczki jak poprzez parowanie, pozostawiając na powierzchni gruntu zwały soli. Mimo niesprzyjających warunków na płaskowyżu tym jest życie. Jego najbardziej spektakularnym przejawem są zabarwione na pomarańczowo flamingi, które wyżerają krewetki żyjące w słonych wodach Laguna Chaxa – małego jeziorka położonego w sercu Salara. Po okolicy kręcą się także zorros czyli lisy. Podziwiamy flamingi i fotografujemy białe stożki prawie sześciotysięcznych wulkanów, po czym Danilo zabiera nas do położonych na wysokości ponad 4 000 m n.p.m. lagun Miscanti i Miñiques. Miejsca bardzo malownicze, jak zresztą można było się spodziewać. Potem jedziemy na lunch do miejscowości Socaire. Pyszny – i co najważniejsze – duże porcje! Druga część wycieczki obejmuje wizytę w Valle de Jeréz. Ta bardzo malownicza oaza położona jest w małej dolince pełnej sadów. Ostatni punkt wycieczki to miasteczko Toconao. Stoi tam uroczy bielony kościółek Św. Łukasza, który, jak wyjaśnił nam Danilo, ma ponad 250 lat. W narażonym na wstrząsy tektoniczne Chile taki wiek dla budynku to niezłe osiągnięcie. Wracamy do San Pedro i kończymy dzień w barze przy lanym piwie (kufel za 1 200 pesos – 7 zł).
 |
| W Muzeum Gustawa Le Paige |
„Priorytetowo kultura przede wszystkiem” – jak mawiał właściciel pewnego sklepiku. Kolejnego dnia postanawiamy odwiedzić miejscowe muzeum archeologiczne. Atacama to wymarzone miejsce dla archeologów, gdyż suchy klimat i sól konserwują wszelkie pozostałości. Museo Gustavo Le Paige jest całkiem okazałe, jak na tak niewielką miejscowość jak San Pedro. Eksponaty pogrupowane są w szereg ekspozycji dotyczących różnych okresów w kulturze Atacamy. Zaczyna się od epoki kamienia łupanego a kończy na erze podbojów hiszpańskich. Ciekawe zabytki pochodzą z okresu dominacji kultury inkaskiej, gdy rejon Atacamy został wchłonięty przez Imperium Czterech Części. Z zainteresowaniem oglądamy utensylia do palenia halucynogennych ziół i grzybów. Niestety najbardziej nas interesujące eksponaty – mumie oraz zdeformowane czaszki ludzkie zostały usunięte z ekspozycji na skutek protestów ludności miejscowej. Tak to już jest, że najciekawsze rzeczy zawsze muszą budzić czyjeś obiekcje. Jesteśmy zawiedzeni...
 |
| Dolina Śmierci |
O 16-tej ruszamy na wycieczkę do Doliny Śmierci i Doliny Księżycowej. W Dolnie Księżycowej, jak można domniemywać z nazwy, krajobrazy są iście księżycowe. Natomiast w Dolinie Śmierci krajobraz jest... marsjański. Jak wyjaśnił nam przewodnik, dolina ta miała nazywać się Marsjańska, ale na skutek bliżej nieznanych przekłamań z Marsa zrobiło się Muerte (śmierć) i tak już zostało. Co za bałagan :) Obfotografowujemy na wszelkie sposoby zachód słońca nad Doliną Księżycową i wracamy na kemping. Tej nocy nie pośpimy sobie zbytnio – początek kolejnej wycieczki zaplanowany jest na... 4-tą rano!
 |
| Gejzery El Tatio |
Ciemną jeszcze nocą przyjeżdża po nas bus z biura i zabiera do położonych przy samej granicy z Boliwią gejzerów El Tatio. Trochę dziwi nas wczesna pora, ale Salvador, nasz przewodnik, tłumaczy, że para wodna buchająca z otworów w ziemi największe wrażenie robi gdy panuje jeszcze półmrok. A poza tym gejzery najaktywniejsze są właśnie nad ranem. Na miejscu jest sporo turystów, jest również bardzo zimno, gdyż elewacja jest niemała – 4 200 m n.p.m. Gejzerów jest wiele – mniejsze i większe, niektóre to tylko otwory w ziemi wypełnione bulgoczącym wrzątkiem, a inne – te, które działają w tym samym miejscu od tysięcy lat – obudowane są kopcami ze zmineralizowanych osadów. Amatorzy kąpieli mogą się wymoczyć w ciepłej wodzie w specjalnym jeziorku. Na śniadanie dostajemy jaja à la gejzer – ugotowane na twardo w gejzerze, a do tego kubek kakao lub kawy na mleku, które również zostało podgrzane z wykorzystaniem naturalnego ciepła wnętrza ziemi. Bardzo ekologiczne :).
 |
| Pukará de Lasana – petroglify |
Po wschodzie słońca pokonujemy busem piękną trasę widokową po okolicznych górach. Podczas postoju na jednej z przełęczy Salvador pokazuje nam panoramę okolicznych wulkanów oraz llaretę i chachacomę – rośliny wysokogórskie o różnorakich zastosowaniach. Zjeżdżamy z gór do małej wioski Caspana, gdzie wyraźnie zaznaczają się wpływy kultury pre-chrześcijańskiej. Krzyż we wsi przyozdobiony jest kolorowym papierem i frędzlami, a u jego podnóża stoi flaszka johnny walkera mająca na celu nastawić pozytywnie lokalne bóstwa. Na dachach domów znajdują się małe krzyże, również przyozdobione kolorowymi papierami, których zadaniem z kolei jest odpędzenie złych mocy. Trwa karnawał i wszędzie walają się butelki po piwie i mocniejszych trunkach. Z Caspany jedziemy do wsi Lasana, gdzie jemy smaczny lunch i zwiedzamy ruiny XII-wiecznego grodziska. Salvador opowiada nam dużo ciekawostek związanych z kulturami rejonu Atacamy, jak również pokazuje zachowane na ścianach fortecy petroglify. Następnym przystankiem jest miejscowość Chiu-Chiu – malownicza wioska z kościołem Św. Franciszka, prawdopodobnie najstarszym w Chile, zbudowanym w 1540 roku. Zwraca uwagę wspaniały sufit i inne elementy stolarki wykonane z drewna kaktusowego. Chiu-Chiu wczesnym popołudniem jest spokojne, można by rzec – rozespane.
 |
| Chiu-Chiu – Kościół Św. Franciszka |
Z Chiu-chiu nie wracamy już do San Pedro. Salvador odwozi nas na aeroporto w Calamie. Czekamy nerwowo na nasze plecaki, które miały dojechać osobnym transportem. Pesymistycznie nastawiony Krzychu przewiduje, że plecaki już się nie odnajdą, ale najwyraźniej duchy Indian Ona zainterweniowały i na pół godziny przed odlotem samolotu zjawia się auto z naszymi bagażami. Zaraz potem okazuje się, że samolot jest opóźniony o godzinę :). Życie. W Santiago jesteśmy późnym wieczorem, ale już na lotnisku pewien gość proponuje nam nocleg w hostelu w centrum miasta za 6 000 pesos (33 zł) od osoby. Zawozi nas tam swoim mikrobusem (opłata: 10 000 pesos – 54 zł). Hostel (nazwy zapomnieliśmy; adres: Santa Isabel 30) jest całkiem przyzwoity a my jesteśmy zadowoleni, że nie musimy wysilać się z szukaniem noclegu, gdyż zmęczenie całodniową wycieczką i lotem z Calamy daje znać o sobie. 
Valparaíso
08.02.2008
 |
| Uliczki Cerro Concepción |
Zostaje nam ostatni pełny dzień pobytu w Chile. Nie możemy się zdecydować, czy zwiedzać Santiago, czy pojechać nad Pacyfik – do Viñia del Mar albo Valparaíso. Pada argument, że wszystkie duże miasta są takie same i jedziemy do Valpo zanurzyć się w Oceanie Spokojnym. Valparaíso to spore, portowe miasto, które swój okres świetności przeżywało gdy nie istniał jeszcze Kanał Panamski. Wtedy był to jeden z ważniejszych portów w Ameryce Południowej. Szczególnie warta zwiedzenia jest stara część miasta – labirynt wąskich uliczek rozpostarty na kilku wzgórzach, na które można dostać się wiekowymi windami szynowymi (ascensores). Spacerujemy po najstarszej części miasta – Cerro Concepción, fotografując pokryte kolorowym graffiti kamieniczki. Valpo nie jest najbezpieczniejszym miejscem. Ponoć zdarzają się tu kradzieże, a nawet rozboje. Kilkakrotnie byliśmy ostrzegani przez przechodniów, aby nie trzymać aparatów fotograficznych na wierzchu, ale w sumie to nikt nas nie zaczepiał. Z Cerro Concepción idziemy na plaże miejską, gdzie dokonujemy rytualnego zanurzenia w Pacyfiku. Woda zimna jak nie przymierzając w Bałtyku, ale dajemy radę. Na zakończenie wizyty w Valpo jemy chorillanę – stertę frytek z mięsem, jajkami, cebulą i sosem – w pubie „Casino Royal J Cruz”, po czym zbieramy się z powrotem do Santiago. 
Powrót do Polski
09–10.02.2008
 |
| Żegnajcie buty! |
Robimy ostatnie zakupy i przygotowujemy prowiant na drogę (kupujemy gotowe empanadas i bułki z parówą). Postanawiam pozbyć się swoich wysłużonych butów, których śmierć techniczna nadeszła właśnie na tej wyprawie. Na zawsze pozostaną w chilijskiej ziemi. Po spakowaniu się jedziemy meterm na stację Pajaritos, stamtąd dalej autobusem na lotnisko. Tym razem bez problemów dostajemy się na samolot do São Paulo. W São Paulo również nie ma problemu z miejscami do Frankfurtu. Już mamy opuszczać poczekalnię, gdy Krzychu zatrzymuje się, wyciągniętą ręką pokazując na... portfel leżący bezpańsko na krzesełku obok. Mam tego dość – odciągam go i pozostawiamy zgubę swojemu losowi. Duchy Indian Ona odwalają dobrą robotę zsyłając na nas cudze portfele i aparaty, ale takie wyobrażenie o szczęściu à la ludy prymitywne mi nie odpowiada. Gdzie w tym wartości wyższe? :)
Duchy chyba się obraziły, bo we Frankfurcie ucieka nam samolot do Krakowa i kiblujemy na lotnisku przez siedem godzin czekając na następny. Daje to dobrą okazję do podsumowania wyprawy. Zobaczyliśmy tylko niewielką część tego, co Chile ma do zaoferowania, i – nie da się ukryć – były to miejsca bardzo popularne turystycznie, wręcz oblegane. Mimo to warto było. Walory przyrodnicze Chile są niepodważalne, jest to raj dla amatorów aktywnego spędzania czasu. Chile nie jest krajem tańszym od Polski jak wynika z przytoczonych w tej relacji kosztów; ceny są porównywalne do polskich, a w miejscach takich jak San Pedro de Atacama czy Torres del Paine odpowiednio wyższe. To nie może dziwić, gdyż przewalają się tam tłumy zasobnych w gotówkę turystów z USA i Europy zachodniej. Chile również nie jest krajem „dzikim”: transport, telekomunikacja, internet, itd. są na takim poziomie jak u nas albo wyższym, turysta zaś nie wzbudza zbytniej sensacji samą swoją obecnością. To na pewno bardziej cywilizowana część Ameryki Południowej. 
 |

Mapy i przewodniki wykorzystane w trakcie wyprawy i przy pisaniu relacji:
- C. Beech, J. Attwooll, J.-B. Carillet, T. Kohnstamm, Chile & Easter Island, wyd. 7, Lonley Planet, Footscray 2006.
- C. Lindenmayer, N. Tapp, Trekking in the Patagonian Andes, wyd. 3, Lonley Planet, Footscray 2003.
- Chile, mapa 1:1 600 000, wyd. 3, Reise-Know-How Verlag, Bielefeld 2006.
- Torres del Paine, mapa turystyczna 1:50 000, JLM Mapas, Punta Arenas 2005.
|