Wyhorlat – 2007
Na przełomie lipca i sierpnia ’07 mieliśmy ruszyć na dłużej do Turcji na wyprawę samochodową. Niestety w ostatniej chwili wycieczka została odwołana z przyczyn technicznych (ach te samochody... to się czasem zdarza – natomiast jeszcze nie zdarzyło się, aby zawiódł czynnik ludzki :) Na pocieszenie wybraliśmy się na wschód Słowacji, w wulkaniczne góry Wyhorlat, których mocno wyodrębniony od głownego łuku Karpat masyw fascynował mnie już od wczesnych lat dziecięcych. Na tłoczonej w plastiku mapie Karpat Wyhorlat sprawiał wrażenie jakby był wyższy od Tatr...
Warning: file_put_contents(content/wyp_lok/wyhorlat_07/artykul-CACHE.html) [function.file-put-contents]: failed to open stream: Permission denied in /home/pepson/public_html/template/articles/show_article.php on line 13
 |
| Sninský kamieň | Przez Łysą Polanę, Poprad i Humienné pojechaliśmy z Krakowa do Sniny. Trasa ta ma 340 km i pokonanie jej Padżerakiem zajęło nam ok. 7 godz. Wieczorem pierwszego dnia wyprawy dotarliśmy na kemping w Sninie. A w zasadzie już za Sniną, przy drodze prowadzącej na południe w kierunku gór Wyhorlat. Ceny jak najbardziej przystępne: za jedną osobę w śpiącą w namiocie (bo są jeszcze bungalowy – ale tej wersji nie testowaliśmy) wychodzi ok. 80 Sk wliczając w to parkowanie samochodu i podpięcie do prądu.
 |
| Wpisujemy się na pamiątkę do zeszytu | Następnego dnia ruszyliśmy na Sninský kameň – najbardziej interesujący szczyt w górach Wyhorlat. Ze Sniny wiedzie na niego żmudne podejście przez las (ok. 800 m w pionie), które zdaje się nie rokować żadnych widoków – w około tylko drzewa i drzewa. Ale po pewnym czasie, pod szczytem, przez drzewa zaczyna przezierać masywna kamienna struktura sprawiająca wrażenie jakby była wymurowana z wielkich głazów przez człowieka. Nic bardziej mylnego, to właśnie Sninský kameň, pozostałość powulkaniczna utworzona tylko i wyłącznie przez Naturę. Kamień wznosi się ponad lasy, oferując piękne widoki na Bieszczady, Góry Slańskie i Nizinę Wschodniosłowacką hen aż po Węgry. Ponoć ze szczytu wieczorem, przy sprzyjających warunkach, można dojrzeć piękne zachody słońca nad Tatrami (tak przynajmniej twierdził właściciel kempingu, pan Stefan). My byliśmy tam trochę za wcześnie, żeby sprawdzić czy to prawda, ale i tak widoki z Kamienia zrobiły na nas duże wrażenie. Wierzch Kamienia porośnięty jest roślinnością przypominającą góry Bałkanów, zwracają uwagę ogromne kolorowe motyle fruwające między kolczastymi krzewami. Sniński Kamień jest dość rozległy i dzieli się na dwie części: północną i południową. Oczywiście warto wspiąć sie na obie. Na szczycie północnej części Kamienia znajduje się metalowy krzyż a na nim, w specjalnej stalowej skrzyneczce jest zeszyt, do którego można wpisać się na pamiątkę – co też skwapliwie uczyniliśmy.
 |
| Gwiezdne Wojny? Nie, to Skoda 105L po tuningu | O ile większość uczestników wycieczki ukontentowała się zdobyciem Kamienia, to ja postanowiłem jeszcze odwiedzić Veľké Vihorlatské jazero znane również jako Morskie Oko – malownicze jeziorko położone na południe od Kamienia. Warto. W drodze powrotnej do Sniny minąłem jeszcze Malé Vihorlatské jazero (Małe Morskie Oko, jak można się domyślać), które jednak jest niczym więcej jak tylko niewielkim stawem wśród lasu. Wróciwszy pod kemping zastałem resztę ekipy w barze przy piwku. Jak się okazało, ich również nie ominęły atrakcje. Siedzieli sobie spokojnie delektując się zimnym browarem gdy nagle pod lokal zajechał naprawdę niezwykły egzemplarz Skody 105L po tuningu. Frankie zareagował natychmiast i przeprowadził małą sesję fotograficzną z tym nietypowym pojazdem w roli głównej.
 |
| Przekładaniec piwny. Na górze tmave na dole svetlé | Wieczorem na kempingu trochę pogawędziliśmy z właścicielem. Bardzo sympatyczny człowiek i wybitny specjalista od nalewania piwa. Zaraz na początku prześmiał nasz zwyczaj lania piwa po ściance. Według niego piwo trzeba nalać z impetem gdyż wtedy następuje wygazowanie i w efekcie napój znacznie lepiej smakuje. A że nalewanie trwa dłużej? Cóż, the best things come to those who wait. Zamówiliśmy sobie po przekładańcu, czyli pół szklanki piwa jasnego, a na tym piwo ciemne. Sielanka jednak nie trwała długo. Pan Stefan podniósł się i zapytał, czy życzymy sobie jeszcze po piwku. Zdziwiliśmy się, że zamyka tak wcześnie, zwłaszcza, że klientów nie brakowało. Wyjaśnienie przyszło szybko: miejscowe władze wykazały inicjatywę i ustanowiły zakaz sprzedaży alkoholu po godzinie 22-giej. No cóż, urzędnik przecież wie lepiej, co jest dobre dla obywatela. Jak wiemy z wyprawy na Półwysep Kolski tylko dzięki nieustającemu wysiłkowi i trosce rzeszy urzędników te fajtłapy obywatele nie robią sobie krzywdy, jaką mogłoby być np. wypicie 35 piw na kempingu zakończone zejściem z tego świata. Cóż było robić, zamówiliśmy na złość urzędasom po parę browarów na zapas i postanowiliśmy, że jeszcze trochę posiedzimy.
 |
| Vinianski hrad | Ranek następnego dnia przywitał nas ścianą deszczu. Początkowo były jeszcze jakieś nadzieje, że się rozpogodzi, ale w miarę upływu czasu chmury stawały się coraz gęstsze a deszcz intensywniejszy. Szybko stało się jasne, że tego dnia wędrówka po górach nie jest możliwa. Zainstalowaliśmy się pod wiatą gdzie rozpaliliśmy ognisko i każdy oddał się swoim czynnościom. Gosia fotografowała kopulujące ślimaki, Frankie klepał w laptopa a ja udawałem, że czytam książkę. Potem Stefan otworzył budkę z piwem i nalał nam po steigerze z pianą wystająca na 7 cm ponad brzeg szklanki. Dzięki temu dotrwaliśmy do dnia kolejnego, który na szczęście przyniósł całkiem inną pogodę, ciepłą i słoneczną. Pojechaliśmy więc na drugą stronę Wyhorlatu, przez Humienné i Michalovce nad Vinianske jazero. Tam zostawiliśmy auto i pieszo udaliśmy się żółtym szlakiem na Viniansky hradny vrch, gdzie znajdują się malownicze ruiny obronnego zamku z XIV w. Warownia ta, wraz z pobliskim zamkiem Brekov, strzegła dawnego szlaku tranzytowego z Polski na Węgry. Miejsce bardzo piękne, fantastyczne widoki na całą okolicę. Pokręciliśmy się trochę po prastarych murach, zjedliśmy przygotowane uprzednio kanapki i zeszliśmy ze stoku południowym zboczem do wsi Vinné. Tam załapaliśmy się na autobus, który zabrał nas z powrotem nad Vinianske jazero. Wracając autem na kemping zarobiliśmy mandat wysokości 500 Sk. Jak się okazało, wokół Vinianskego jazera obowiązuje ruch jednokierunkowy, ale w kierunku przeciwnym niż na normalnym rondzie. Potem jeszcze kąpiel w Zemplínskiej Širavie i powrót na kemping.
 |
| Koścół św. Michała Archanioła – ikonostas z początku XVIII w. | Pierwszego dnia sierpnia okazało się, że dziewczyny dopadło zatrucie gastryczne i nie nadawały się do czynnego (biernego zresztą też nie) uprawiania turystyki. Frankiemu schorzenie zaatakowało bardziej umysł niż ciało, gdyż przez cały dzień układał głupawe częstochowskie rymy które potem wyśpiewywał. Po upewnieniu się, że stan współuczestniczek wycieczki jest stabilny wybraliśmy się z Frankiem na północ, na tereny Parku Narodowego Połonin – takiego odpowiednika naszego Bieszczadzkiego PN. Widoki jak u nas w Beskidzie Niskim. Zwiedziliśmy kilka zabytkowych kościołów i cerkwi (Stakčin, Jalova, Dara, Topoľa), po czym w miarę szybko wróciliśmy na kemping sprawdzić jak się miewa reszta wycieczki. Okazało się, że nie obejdzie się bez kontaktu z miejscową służbą zdrowia. Frankie zabrał Agę do szpitala w Sninie, gdzie zrobiono jej standardowy zestaw badań, wystawiono rachunek na, ku wielkiej uldze Frankiego, 60 Sk (6 zł!!!!) i postawiono następującą diagnozę: „pacjentka včera večer zjedla klobasu, od vtedy 7× vracala, má hnačku, močenie bpn, je slabá”. Leczenie: do domu i dieta.
 |
| Zamek Spiski | Kolejnego dnia okazało się, że tajemnicze zatrucie dopadło Frankiego. Tylko mnie jedynemu nic się nie stało, aczkolwiek spożywałem dokładnie te same płyny i pokarmy co pozostali uczestnicy wycieczki. Osobiście odebrałem to jako znak, że zostałem wybrany do wypełnienia misji, tylko jeszcze nie wiem jakiej. Pewnie wkrótce się okaże :) W takim układzie nie pozostało nic innego jak zbierać się do domu. Powrót do Krakowa zajął nam prawie cały dzień – niby nie tak daleko, ale ciągle na drodze były jakieś przeszkody: a to wypadek, a to znowu roboty drogowe... Jednak nie mogliśmy się nie zatrzymać przynajmniej na chwilkę przy imponującym Zamku Spiskim – przeogromnych ruinach wyglądających jak wyjęte z gry komputerowej. Warto zobaczyć, chociaż turystów tam zatrzęsienie, ale nic dziwnego, jak by nie było obiekt ten jest wpisany na Listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. W końcu pod wieczór wymięci dotarliśmy do rodzinnego miasta. Mimo perypetii wycieczkę tę zaliczamy do udanych. Tym razem dowiedzieliśmy się o kolejnym plusie Słowacji, jakim jest... tania służba zdrowia :)

Przewodnik i mapy, z których korzystaliśmy:
- A. Nacher, M. Styczyński, B. Cisowski, P. Klimek, Słowacja. Karpackie serce Europy, wyd. 1, Bezdroża, Kraków 2004.
- Vihorlatské Vrchy – Zemplínska Šírava, mapa turystyczna 1:50 000, wyd. 4, VKÚ, Harmanec 2006.
- Bukovské Vrchy, mapa turystyczna 1:50 000, wyd. 3, VKÚ, Harmanec 2006.
- Slovenská Republika, mapa samochodowa 1:250 000, wyd. 3, VKÚ, Harmanec 2000.
|