![]() |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|||||||||
Korzystając z przedłużonego weekendu 15–18 czerwca 2006 postanowiliśmy wyskoczyć na chwilę na Ukrainę. Celem było przejechanie pociągiem przez przełęcz Użocką na drugą stronę Karpat, wejście na Ostrą Horę i/lub Połoninę Równą, oraz odwiedzenie Lwowa. Plan udało się wykonać, z tym, że w końcu zamiast Ostrej Hory przeszliśmy połoninę Pikuja. Warning: file_put_contents(content/wyp_lok/pikuj_06/artykul-CACHE.html) [function.file-put-contents]: failed to open stream: Permission denied in /home/pepson/public_html/template/articles/show_article.php on line 13 Czwartek 15.06
Do Medyki dojechaliśmy zasłużonym lanosem należącym do Agi i Franka. Podróż trwała cztery godziny. Lanos został zaparkowany na placu przy granicy bez żadnej opieki – to za karę, że ciągle się psuje :). Przy przekraczaniu granicy ukraińska pani pogranicznik długo nie mogła się nadziwić gdzie to się wybieramy. Musieliśmy precyzyjnie określić cel naszej wycieczki na karcie imigracyjnej: „Turystyka, Karpaty – Połonina Równa, pieszo”. Frankie się irytował, ale ja twierdzę, że jeżeli jest rubryka na formularzu, to i wpis być musi :). Potem udało nam się wesprzeć finansowo pewnego taksówkarza, który zabilował nas na 70 hr za podwiezienie z granicy (przejście Medyka–Шегині) do Sambora (Самбір). Ale sami chcieliśmy – zależało nam, żeby zdążyć na pociąg. Za to bilet na elektriczkę do Sianek (Сянки) był śmiesznie tani (4,60 hr, czyli jakieś 3 zł). Wyżej wspomnianym pociągiem dotarliśmy do Sjanek, na których kończy się zasięg kolei podmiejskich okręgu Lwowskiego. Przełęcz Użocka znajduje się tuż, tuż. Pogoda, na początku podróży doskonała, trochę się popsuła, pokropił drobny deszcz, ale nic poważnego w sumie. Za oknem pociągu piękne widoki na Bieszczady Wschodnie. W Sjankach przesiedliśmy się od razu na pociąg do Wołosianki (Волосянка). Nawet nie starczyło czasu żeby wypić symboliczne piwko :). Pogoda znowu zaczęła współpracować, więc zająłem się fotografowaniem okolicznych krajobrazów (po znalezieniu okna, które otwierało się w stopniu umożliwiającym robienie zdjęć). Widoki z pociągu były bardzo ładne – góry, mosty i tunele. Przy każdym tunelu budka a w niej strażnik z kałasznikowem. Franczesko natomiast pożarł konserwowego tuńczyka, pozostali współpasażerowie również się posilali, ale wódką, zaś Aga gdzieś zniknęła.
W Wołosiance okazało się, że dojechanie do miejsca dogodnego wyjścia na Ostrą Horę jest mocno problematyczne. Planowaliśmy podjechać do miejscowości Roztoka (Розтока). Droga, która na mapie (ukraińskiej dwusetce) wygląda na uczęszczaną (żółty kolor) w rzeczywistości praktycznie nie istnieje i co za tym idzie, nic tam nie jeździ. W końcu napatoczyli się dwaj panowie w ładzie, którzy zgodzili się zawieźć nas do miejscowości Husnyj (Гусний), skąd można wyjść na połoninę Pikuja. Opuściliśmy więc Ostrą Horę i resztę – zostanie do następnego razu. Głównie za sprawą Frankiego, któremu połonina Pikuja wyjątkowo przypadła do gustu :). Nocleg wypadł nam zaraz za wsią Husnyj. Było dość zimno i okropnie dużo much, ale poza tym to wszystko OK. Rozłożyliśmy namiot na przyjemnej łączce za wsią, kolacyjka, browarek, a potem do spania. Dokoła nas rogacizna i konie. Piątek 16.06
Rano obudziło nas słoneczko mocno przygrzewające w tropik namiotu. Ostry zapach chloru roznosił się dookoła – nasz zasłużony namiot po powrocie z Portugalii musiał przejść odgrzybianie polegające na moczeniu w wybielaczu. Grzyb zniknął – zapach pozostał. Ale najważniejsze, że pogoda piękna. I pomyśleć, że jeszcze parę dni temu prognozy pogody dla Zakarpacia przewidywały deszcz ze 100% pewnością... Zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w traskę. Drogą na Roztokę doszliśmy do szerokiej, płaskiej przełęczy, która oddziela dolinę Husnego od doliny Roztoki, jeżeli mogę to tak nazwać. Kawałek całkiem płaskiego terenu – jest tam nawet boisko piłkarskie. Przeszliśmy na wschodnią część doliny, pociągnęliśmy jeszcze trochę wzdłuż połoniny Pikuja szukając jakiejś ścieżki, żeby dogodnie wyjść na górę. Nie mogąc znaleźć niczego, podeszliśmy na azymut przez las. Ciężkie to było podejście. Stromo tak, że momentami myślałem, iż plecak mnie przeważy i stoczę się z powrotem do punktu wyjścia :). W końcu wytaszczyliśmy się na grań pomiędzy szczytami Starostyny (Старостина) i Żurówki (Журовка) i... wpadliśmy prosto na silną grupę turystów z Zawiercia (serdecznie pozdrawiamy!). Zaskoczeni byliśmy nie mniej niż oni, bo jak do tej pory turystów nie było na trasie w ogóle. Potem już nie spotkaliśmy na szlaku nikogo oprócz pasterzy.
Dzięki bardzo dobrym warunkom atmosferycznym przeszliśmy całą połoninę aż do Pikuja jeszcze tego samego dnia. Piękne widoki na okoliczne góry, świetnie było widać Ostrą Horę i masyw Połoniny Równej, na którym zresztą jeszcze gdzieniegdzie zalegał śnieg. Nie mieliśmy większych problemów z nawigacją – przy ładnej pogodzie, a taką mieliśmy, wystarczy po prostu zasuwać grzbietem połoniny przed siebie. No ale trzeba wspomnieć, że zrobiliśmy próbę skrótu, co zaowocowało straconą godziną i mozolnym podchodzeniem z powrotem na grań przez krzaki. Z Pikuja stoczyliśmy się (to jest najwłaściwsze określenie – zejście jest bardzo strome) na północno–wschodnią stronę i rozbiliśmy namiot na polance jakieś 1000 m n.p.m. Chyba wszystkie muchy z całego świata zleciały się właśnie w to miejsce. Dopiero ognisko pozwoliło nam jakoś przetrwać. Sobota 17.06
Znowu piękna pogoda. Kończyła nam się woda, więc czym prędzej zebraliśmy się do zejścia. Wszyscy totalnie wymięci – trasa z dnia poprzedniego to było zdecydowanie za dużo jak na nasze wyniszczone siedzeniem przed ekranem ciała. Zeszliśmy do Biłaszowców (Біласовиця) doliną, która dochodzi do wsi od strony południowej. Po drodze zaliczyliśmy kąpiel w potoku, tak więc do miejscowego baro–sklepu zawitaliśmy świezi i eleganccy, jak przystało na ludzi oczień kulturalnych. Spożyliśmy pyszne Lwiwskie lane za jedyne 1,70 hr. Grzech nie wziąć. Potem podeszliśmy do szosy E-50 łączącej Zakarpacie ze Lwowem. Praktycznie od razu złapaliśmy okazję do Lwowa – za 70 hr kierowca mikrobusa zgodził się nas zabrać. Byliśmy we Lwowie (150 km) za jakieś 2 godziny. To niezły czas jak na Ukrainę – tu przejechanie 150 km czasami zajmuje cały dzień :). Wszystko dzięki względnie dobrej jakości drodze i naszemu kierowcy, który nierzadko wyciskał po 140 km/h ze swojego furgona. Kierowca wysadził nas na obrzeżach miasta, przy obwodnicy. Do centrum dojechaliśmy mikrobusem, zostawiliśmy bagaże w poczekalni dworcowej i resztę dnia spędziliśmy zwiedzając Lwów, a na nocleg udaliśmy się do poczekalni dworcowej na dworcu podmiejskim (a w zasadzie nie do poczekalni, tylko do pomieszczenia, w którym przyjmowane są bagaże do przechowalni). Niedziela 18.06
Nocleg w poczekalni dworcowej nie podszedł mi za bardzo. Mimo bardzo wczesnych godzin porannych nie mogłem zasnąć, więc uzupełniałem Dziennik Wyprawy. Frank chrapał donośnie, ale oprócz niego wyraźnie słychać było jeszcze drugi „wokal”. Niższy, zbasowany, bardziej rzężący, a przy wydechu przechodzący w coś jakby westchnienie. Oprócz nas nie było nikogo w pomieszczeniu – wyszło na to, że Aga chrapie jak stary wiarus. Ale nie! Bliższa inspekcja sytuacji ujawniła, że za kratą okienka przechowalni bagażowej (czynnej całodobowo) przyciął komara obsługujący ją pracownik, ustawiwszy się wcześniej tak, aby go nie było widać. O 05:35 czasu moskiewskiego załadowaliśmy się do elektriczki i pojechaliśmy do Szehini. Na granicy na przejściu dla pieszych była potężna kolejka. Zdecydowaliśmy się poprosić kogoś, żeby nas przewiózł autem przez granicę, ale jak się okazało potem, nie było to optymalne rozwiązanie. Pan, z którym się zabraliśmy podpadł był celnikom już wcześniej i został skierowany na tzw. „jamę”, czyli gruntowną inspekcję pojazdu na kanale. W sumie spędziliśmy jakieś 3 godziny kiblując w upale na przejściu granicznym. Ale za to mieliśmy okazje posłuchać trochę opowieści z życia przemytników, np. o facecie, który chciał przewieźć 60 kartonów papierosów w baku benzynowym, owinięte hermetycznie w folię. Albo o pewnym celniku, który pukając w oponę auta potrafił rozpoznać, czy jest ona napełniona papierosami, czy tylko powietrzem – prawdziwy wirtuoz w swoim fachu. Nasz kierowca na początku nie uwierzył nam, że niczego nie przemycamy (mieliśmy tylko po 5 litrów piwa na głowę). „To marnotrawstwo! Trzeba było wziąć przynajmniej po flaszce i karton fajek... Szkoda, że mi nie powiedzieliście wcześniej, to bym wziął coś na was... Ale zaraz może jeszcze się da coś zrobić...” – powiedział, po czym wysiadł i pognał w kierunku sklepu wolnocłowego znajdującego sie na „ziemi niczyjej” pomiędzy ukraińskimi a polskimi posterunkami granicznymi. Pilnujący porządku żołnierz ukraiński był jednak bezlitosny: „Nazad do masziny!” – skierował naszego kierowcę z powrotem do samochodu. W końcu udało nam się przedostać z powrotem do Polski. Lanos stał tak jak go zostawiliśmy – przybyła mu tylko jedna dziura w karoserii. Chyba został zawadzony przez samochód ciężarowy, albo może ktoś próbował dostać się do bagażnika...
Przygotowując wyprawę i w jej trakcie korzystaliśmy z następujących opracowań:
|
|
| copyright © 2005–10, kafary.pl |