Dojazd w Góry Suhard

[mapa wymaga włączonej obsługi JavaScript]

Do Rumunii dotarliśmy przez Ukrainę. Wyruszyliśmy w cztery osoby pociągiem pośpiesznym z Krakowa do Przemyśla, a stamtąd dalej autobusem do Lwowa. We Lwowie kupiliśmy bilety na nocny pociąg do Czerniowców (Чернівці), gdzie dotarliśmy około 4-tej nad ranem dnia następnego. Czym prędzej udaliśmy się na dworzec autobusowy i tam za 10 USD od osoby zabraliśmy się okazją do Suczawy (Suceava) w Rumunii, skąd z kolei autobusem relacji Suczawa–Vatra Dornei dostaliśmy się do punktu wyjścia w góry: miejscowości Iacobeni.

Góry Suhard (Munţii Suhard)

Góry Suhard

Góry Suhard

12 sierpnia 2004
Góry Suhard
Tagi: Karpaty Wschodnie, Europa Środkowa, Góry Suhard, Rumunia

W Iacobeni zrobiliśmy zakupy spożywcze i ruszyliśmy w trasę. Wdrapaliśmy się na główny grzbiet gór gdzieś na wysokości szczytu Iacob i zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Poszliśmy jeszcze kawałek w stronę Tarnicy po czym rozbiliśmy namiot na dogodnie wyglądającej polance pod lasem. Niedaleko była chata pasterzy i przez pewien czas mieliśmy strażników w postaci dwóch białych psów pasterskich, które dzielnie warowały przy namiocie w nadziei na coś do jedzenia. Przez cały dzień pogoda była bardzo ładna i położyliśmy się spać z nadzieją, że następny dzień będzie co najmniej tak samo słoneczny.

Tak też się stało i następnego dnia dziarsko ruszyliśmy przy pięknej pogodzie głównym pasmem gór, szybko pokonując kolejne wniesienia. Dookoła roztaczała się żywa zieleń rozległych połonin. Kilkakrotnie musieliśmy omijać szerokim łukiem pasące się owce, gdyż towarzyszące im w dużej liczbie zdziczałe psy pasterskie nie były nastawione przyjaźnie. W okolicach Diecilora zdarzyło się nawet, że zostaliśmy otoczeni przez te krwiożercze bestie, ale na szczęście szybko znalazł się pasterz i uspokoił swoje psy. Porozmawialiśmy z nim przez chwilkę (polegało to głównie na machaniu rękami), po czym oddaliliśmy się w stronę Omu. Rozbiliśmy się zaraz za szczytem Diecilora – w samą porę, bo zaraz potem zaczął padać drobny deszczyk. W takiej sytuacji nie pozostało nam nic innego do zrobienia jak iść spać.

Pochmurny poranek w Górach Suhard

Pochmurny poranek w Górach Suhard

14 sierpnia 2004
Pochmurny poranek w Górach Suhard
Tagi: Karpaty Wschodnie, Europa Środkowa, Góry Suhard, Rumunia

Rano obudziliśmy się w chmurach. Zachmurzenie utrzymywało się przez większą cześć przedpołudnia, stąd też nie dane nam było podziwiać widoków z najwyższego szczytu Gór Suhard. Na dodatek zaraz za Omu pomyliliśmy drogę i zamiast iść w stronę przełęczy Rotunda, która oddziela Suhard od Gór Rodniańskich, zeszliśmy w dolinę potoku Măria. Dotarliśmy do drogi na Valea Mare i zastanawialiśmy się nad dalszą trasą, gdy nadjechała ciężarówka wioząca robotników leśnych. Zabraliśmy się z nimi do miejscowości Şanţ, gdzie rozłożyliśmy się pod sklepem i suszyliśmy ubrania w promieniach słońca, które się właśnie pojawiło, popijając przy tym lokalne piwo marki Ursus. Właśnie mieliśmy się zebrać do zaatakowania Gór Rodniańskich, gdy do sklepu przybył właściciel schroniska „Diana” położonego przy trasie na szczyt Ineu. Zabraliśmy się z nim starą ładą nivą na górę, zaoszczędzając w ten sposób ze 600 m podejścia. Rozłożyliśmy namiot na łączce przy schronisku i dołączyliśmy do ogniska zorganizowanego przez grupę studentów z Bukaresztu. Zrobiła się z tego niezła impreza, gdyż studenci dysponowali sporymi zapasami rumuńskiego bimbru śliwkowego zwanego ţuică (wym. cojka), którymi szczodrze się dzielili. Postanowiliśmy zrobić sobie sobie następnego dnia przerwę techniczną :).

Góry Rodniańskie (Munţii Rodnei)

Zgodnie z planem kolejny dzień spędziliśmy na opierniczaniu się. Studenci mozolnie zebrali się do powrotu do Bukaresztu. Szło im to nieco opornie, gdyż byli zmęczeni po imprezie dnia poprzedniego. Okazało się, że biwakowali pod Ineu ładnych kilka dni, ale nie wyszli w góry, gdyż cały czas padało. Natomiast po naszym przybyciu pogoda zaczęła się w widoczny sposób poprawiać. Pan Dorel, właściciel schroniska, okazał się bardzo sympatyczny i nic nam nie policzył za dwie noce biwakowania. Płaciliśmy tylko za zakupy w sklepiku i okazjonalne piwko w barze.

W końcu nadszedł dzień wymarszu w góry. Pogoda piękna. Rozchmurzyło się całkowicie – na błękitnym niebie tylko gdzieniegdzie widać było malutkie obłoczki. Zaczęliśmy podejście na Ineu. Szczyt udało się zdobyć, potem jeszcze pokonaliśmy kilka mniejszych górek idąc głównym grzbietem w stronę Pietroşula zanim zmęczeni postanowiliśmy rozbić obóz. Góry Rodniańskie zrobiły na nas duże wrażenie, trawiaste zbocza trochę przypominają nasze Tatry Zachodnie, zaś w okolicach Pietroşula przybierają bardziej skalisty, alpejski charakter. W trakcie wędrówki spotkaliśmy parę razy inne grupy turystów, przede wszystkim z Czech i Węgier – wszystko zatwardziali trekkingowcy, przygotowani na kilka dni w górach. Alpy Rodniańskie to wymuszają, gdyż na głównym grzbiecie nie ma żadnej infrastruktury turystycznej i pozostaje korzystanie z własnego namiotu i własnych zapasów prowiantu.

Góry Rodniańskie
17 sierpnia 2004
Góry Rodniańskie
Tagi: Karpaty Wschodnie, Europa Środkowa, Góry Rodniańskie, Alpy Rodniańskie, Rumunia

Kolejnego dnia wędrówki dotarliśmy pod Pietroşula i tam spędziliśmy nocleg na wyznaczonym miejscu biwakowym. Zdobycie najwyższego szczytu Karpat Wschodnich zostawiliśmy sobie na następny dzień. Wyszliśmy z plecakami na przełęcz pod szczytem po czym podzieliliśmy się na dwie grupy aby spokojnie wejść na górę bez plecaków. Z Pietroşula rozciągają się piękne widoki, jak również straszy ruina po byłej stacji meteo. Postanowiliśmy, że trasę zakończymy w Borşa. Po drodze zatrzymaliśmy się nad jeziorkami Iezer a po zejściu jeszcze niżej urządziliśmy sobie kąpiel w potoku. Na skutek tych wszystkich przyjemności nie dotarliśmy do Borşa tego dnia i zaliczyliśmy jeszcze jeden nocleg w namiocie w lesie przy drodze do miasteczka.

Rano szybko zwinęliśmy biwak i zameldowaliśmy się w Borşa. Przez chwilę podziwialiśmy jeszcze raz Pietroşula, tym razem z dołu, po czym zaczęliśmy planować powrót. Najpierw autobus do Vişieu de Jos i stamtąd koleją do Salvy. Pociąg nosił dumne miano rapid, czyli pośpieszny (co oczywiście znalazło odzwierciedlenie w cenie biletu) ale poruszał się z prędkością zwykłego osobowego. W sumie to mogliśmy pojechać jadącym dwie godziny późnej osobowym, byłoby taniej, a w Salvie i tak czekaliśmy na pociąg do Suczawy do wieczora. Spotkaliśmy trzy osoby z Polski i razem z nimi urządziliśmy sobie kolację na tarasie lokalnej piwiarni.

Powrót do Polski

Wysiedliśmy nad ranem z pociągu z Salvy na dworcu Suceava Nord skąd mikrobusem dojechaliśmy na autogara czyli dworzec autobusowy. Kupiliśmy bilety na autobus do Czerniowców na Ukrainie i wczesnym świtem opuściliśmy Rumunię. W Czerniowcach podzieliliśmy się – część ekipy wróciła do Polski, a reszta udała się w Gorgany – ale to temat na osobną relację.