Tak na prawdę nie wiedzieliśmy czy w ogóle uda nam się wypłynąć poza Kraków a tym bardziej gdzie dopłyniemy. Padło na Sandomierz, bo w końcu jakiś cel trzeba sobie postawić!
Spływ miał odbyć się naszym „Bosmanem” – morskim pontonem z dziewięciokonnym silnikiem Yamahy. Chęci mieliśmy wielkie, tylko pogoda wyraźnie odmawiała współpracy. Kiedy już wieczory zrobiły się dostatecznie ciepłe aby można było nocować nad rzeką, wszystkie kolejne weekendy spływały strugami deszczu. Wreszcie jednak trafił się ten jeden – 6, 7 lipca.
Wczesnym rankiem załadowaliśmy ponton i wyruszyliśmy w dół Wisły. Już po kilku kilometrach okazało się, że popełniliśmy fatalny błąd. Nie przewidzielismy na naszej drodze elektrowni wodnej, skutecznie tamującej dalszą podróż! Co prawda budowniczowie skonstruowali drogę, którą można opłynąć przeszkodę, jednak śluz dawno nikt nie używał, ponieważ transport rzeczny umarł wraz z wczesnym socjalizmem. Nie pozostało nam nic innego, jak wyciągnięcie całego sprzętu na brzeg i przeniesienie – razem ze 100-kilowym pontonem i 50-kilogramowym silnikiem – o 200 metrów dalej, ku dalszemu swobodnemu spływowi.
Za elektrownią nurt rzeki stał się bardziej rwący, Wisła okazała się w ogóle nie uregulowana i niezdatna do żeglugi. Bynajmniej nie oznaczało to, że zamierzaliśmy się wycofać. Płynęliśmy dalej, mijając tkwiące na obu brzegach eleganckie acz leciwe znaki wodne informujące o stanie toru żeglugowego. Znaki trzeba przyznać sporo straciły na swojej aktualności i niejednokrotnie nakaz spłynięcia na przeciwną stronę wiązał się z natarciem na mieliznę. Coż – od czasu postawienia znaków rzeka zdążyła nie raz zmienić ukształtowanie dna, co ze względu na kamieniste podłoże nie było zbyt miłą wiadomością dla śruby naszego silnika co chwilę zahaczającego o grunt. W wielu miejscach musieliśmy podnosić napęd i posługiwać się poczciwymi wiosłami, ale w tym przecież cały urok prostego wodniactwa.
W piękny lipcowy dzień otoczenie Wisły jest doprawdy urokliwe. Cisza, spokój i gdzieniegdzie miejscowi łowiący ryby patrzący ze zdziwieniem na intruzów w hałaśliwej łodzi. Sam sposób połowu ryb jest godny uwagi. Tu rzeka nie należy do najczystszych (mówiąć delikatnie), a szczerze powiedziawszy po prostu śmierdzi. Jednakże mieszkańcy okolicznych wiosek poławiają ryby w sposób masowy, nie pozostawiający złudzenia co do faktu, że są one przenaczone do konsumpcji. Metoda pozysku nie jest co prawda tak wysublimowania jak prąd czy dynamit, ale mimo to musi być skuteczna, skoro identyczne sposoby od stuleci stosowane są przez inne cywilizacje – wielkie sieci rozciągnięte na skrzyżowanych drągach wsadzanych do wody za pomocą drewnianego żurawia widzieliśmy zarówno u egipskich wieśniaków jak i na rycinach książek do historii przerabianych jeszcze w szkole podstawowej. Im dalej w dół rzeki, tym bardziej Wisła zmienia swe oblicze. Rwący nurt zamienia się w łagodne rozlewisko a woda staje się coraz czystsza. Po tym, jak na swojej drodze spotyka Dunajec, dla małych jednostek – takich jak nasza – staje się całkiem żeglowna a uprzednia brunatna barwa znika gdzieś daleko za waterkilem.
Z planowanych 150 kilometrów, w półtorej dnia udało nam się pokonać około 60 – trasę zakończyliśmy zaraz za dopływem Nidy. Zakładany plan maksimum okazał się niemożliwy do osiągnięcia przede wszystkim ze względu na brak regulacji Wisły – na tym dystansie jest to rzeka nieżeglowna. Wiele odcinków musieliśmy pokonywać „własnoręcznie” a silnik pozostawał niemym świadkiem naszych zmagań. Nagłe płycizny i naniesione nurtem głazy dwukrotnie spowodowały pęknięcie trzpienia przekazującego napęd na śrubę, musieliśmy więc naprędce sztukować brakującą część zamienną z docinanych na wymiar gwoździ i śrub. Takie naprawy pochłaniały sporo czasu, stąd Sandomierz pozostał jedynie niedoścignionym celem.
W trakcie tej krótkiej i pełnej przygód podróży nauczyliśmy się jednak wiele o Wiśle, o tym, jak wiele brakuje polskiej żegludze śródlądowej i o śmiałych pomysłach: że idei turystycznego spływu Wisłą w górnym jej odcinku wcale nie należy wkładać między bajki. A teraz planujemy kolejny spływ – tym razem w dalszej części rzeki – od Sandomierza do Warszawy. Ale to już nie plan na dwa dni – raczej na dwa tygodnie.




