Lecimy do Punta Arenas

Zbieramy się na lotnisku w podkrakowskich Balicach w silnym czteroosobowym składzie: Ania, Gosia, Krzychu i Sebastian. Tym razem mamy spory odcinek do pokonania i jak zwykle nie mamy „miejscówek”: lecimy na biletach stand by. Do Frankfurtu – pierwszego punktu przesiadkowego – dostajemy się bez problemu. Potem zaczynają się kłopoty. Ogromny Boeing 747 Lufthansy wygląda jakby mógł pomieścić ludność sporego miasteczka, ale frau w check-inie rozwiewa nasze złudzenia.

– Wpiszcie się na listę, na razie wygląda, że mamy komplet. Za chwilę będzie tu kapitan, pogadajcie z nim, może zgodzi się wziąć was na miejsca dodatkowe – dodaje widząc nasze rozczarowanie.

[mapa wymaga włączonej obsługi JavaScript]

Ania idzie porozmawiać z kapitanem gdy nieoczekiwanie z pomocą przychodzą nam nasi bracia Rosjanie, a dokładniej ich nawyk spożywania napojów wyskokowych w trakcie podróży. Trzech osobników o szczerych, słowiańskich twarzach zauważyłem już wcześniej, gdy jeden z nich spowodował małe zamieszanie próbą wydostania się do sklepu z alkoholem już po boardingu. Któryś z tej trójki nie wytrzymuje tempa narzuconego przez kolegów i jeszcze przed startem zostaje usunięty z samolotu. Jego miejsce zajmuje Krzychu, Ania bierze miejsce pasażera, który się nie zjawił z jemu tylko wiadomych przyczyn, zaś ja i Gosia zostajemy umieszczeni w małej kanciapie między klasą biznesową a kokpitem. Nie ma tam co prawda okna, ale miła stewardesa przynosi nam odpady z business class: czerwone wino i zestawy podróżne dla biznesmenów, które zawierają masę użytecznych przedmiotów, m.in. skarpety. Drobna rzecz, a cieszy, bo własnych mam tylko dwie pary :). W São Paulo lądujemy w dobrych humorach, aczkolwiek Krzysztof jest trochę zmęczony towarzystwem imprezujących Rosjan :). Przesiadka na samolot Swiss Air do Santiago udaje się bez żadnych komplikacji, podobnie jak ostatni odcinek podróży – lot z Santiago do Punta Arenas – tym razem chilijskimi liniami LAN.

W Punta Arenas jest słonecznie, ale dają w kość silne podmuchy wiatru. Bierzemy taksówkę z lotniska do miasta (to jedyny sposób dojazdu, tę i inne ceny z wyprawy zamieszczam w sekcji Info). Tam nocujemy w okropnie drogim – 30 000 CLP (163 PLN) za pokój 2-os. – hostelu „Patagonia Nativa” przy ul. O’Higginsa. Jesteśmy wykończeni podróżą i nie mamy siły szukać tańszego noclegu. 

Punta Arenas

Punta Arenas: Statua Indian Ona

Punta Arenas: Statua Indian Ona

28 stycznia 2008
Punta Arenas: Statua Indian Ona
Tagi: Chile, Patagonia, Punta Arenas, Ameryka Południowa

Ranek poświęcamy na czynności organizacyjne: kupujemy mapę turystyczną Parku Narodowego Torres del Paine, zaopatrujemy się w prowiant na planowany trekking oraz kupujemy kartusze z gazem. Wszelaki osprzęt można dostać w Punta Arenas bez problemu, jest kilka dużych supermarketów oraz sporo sklepów turystycznych (ceny: patrz Info). Postanawiamy zostać w PA jeszcze jedną noc więc wynosimy się z „Patagonia Nativa” i szukamy czegoś tańszego. Szybko okazuje się, że PA nie jest tanie. Tak naprawdę to w tym miasteczku na końcu świata nic specjalnego nie ma, ale stało się ono modne i poza tym stanowi bazę wypadową dla różnych przedsięwzięć turystycznych. To oczywiście odbija się na cenach. Hostele na ogół oferują miejsca w tzw. dormitory (wspólna sala), które są najtańszą opcją, ale w sezonie są wszystkie zajęte. W końcu przenosimy się do hostelu „Fitz Roy”. Kupujemy bilet na następny dzień rano na autobus do Parku Narodowego Torres del Paine i postanawiamy trochę powłóczyć się po mieście.

Zwiedzanie PA zaczynamy od centralnego placu (Plaza Muñoz Gamero), na którym znajduje się pomnik Indian Ona, rdzennych mieszkańców tych terenów, którzy jednakże nie przetrwali zetknięcia z cywilizacją białego człowieka. Lokalna legenda głosi, że potarcie kciuka u nogi Indianina przynosi szczęście, stąd też organ ten już z daleka świeci wypolerowanym mosiądzem. Każdy kto może to pociera, trzemy więc i my. Okaże się, że słusznie: będziemy mieć świetną pogodę w Torres del Paine, a Krzychu nawet znajdzie wypchany portfel w krzakach nad Lago Nordenskjöld – ale o tym później. Z placu udajemy się nad Cieśninę Magellana, gdzie spacerujemy po plaży, podziwiamy statki w przystani, a wiatr usiłuje urwać nam głowy. Nie da się ukryć, że w tej okolicy wieje dość mocno :).

Pingwin z Seno Otway

Pingwin z Seno Otway

28 stycznia 2008
Pingwin z Seno Otway
Tagi: Chile, Patagonia, Punta Arenas, Ameryka Południowa

Kolejna atrakcja tego dnia to wycieczka do kolonii pingwinów Seno Otway, którą zamówiliśmy sobie w jednym z licznych biur turystycznych. Jedziemy busem razem z grupką innych turystów kilkanaście kilometrów na północny zachód od PA nad zatokę Otway. Kolonia pingwinów, która się tam znajduje, liczy 6000 par, jest więc znacznie mniejsza od najsłynniejszej kolonii Monumento Nacional Los Pingüinos znajdującej się na Isla Magdalena, ale za to odwiedzenie jej możliwe jest w jedno popołudnie. Pingwiny gnieżdżą się w norach na brzegu i wydeptują ścieżki do morza, gdzie zdobywają pokarm. Łażą wszędzie zupełnie nieprzejęte obecnością licznych turystów. Zwiedzanie trwa ok. godziny, i – chyba norma tutaj – wieje potężnie.

Pierwszy pełny dzień w Chile nie byłby kompletny bez degustacji miejscowego piwa. Wybieramy lokalny bar „Pali Ake”, gdzie spożywamy po dwa kufle Schop Austral. Schop (brzmi nieco germańsko, pewnie pozostałość po niemieckich imigrantach) oznacza piwo lane, natomiast austral to przymiotnik ogólnie oznaczający coś co ma związek z półkulą południową. Piwko niczego sobie, ale pomni faktu, iż następnego dnia wstajemy rano poprzestajemy na jednym. Przemiła obsługa lokalu funduje nam na koszt firmy talerz pysznych pierogów. Wszyscy nas lubią – jakie to miłe :). 

Torres del Paine

Torres del Paine: Droga z Laguna Amarga do Hosteria las Torres

Torres del Paine: Droga z Laguna Amarga do Hosteria las Torres

29 stycznia 2008
Torres del Paine: Droga z Laguna Amarga do Hosteria las Torres
Tagi: Chile, góry, Patagonia, Ameryka Południowa, Torres Del Paine

Rano karnie stawiamy się na rogu Av. Colón i Magallanes w oczekiwaniu na transport do Torres del Paine. Autokar przyjeżdża z lekkim opóźnieniem, ale mimo to wkrótce mkniemy na północ przecinając prerię gdzieniegdzie porośniętą niewysokimi drzewkami. Na chwilkę zatrzymujemy się w miejscowości Rio Rubens, która składa się tylko z jednego domu: zajazdu Rio Rubens. Zaczynamy czuć, że jesteśmy na końcu świata. Przejeżdżamy Puerto Natales, jakieś 30 km za miasteczkiem kończy się asfaltowa droga i dalej tłuczemy się po nieutwardzanej nawierzchni, co jednakże z nawiązką rekompensują nam piękne widoki. Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do Guardiera Laguna Amarga czyli głównego wejścia do parku. Wypełniamy specjalne karty z nazwiskiem, numerem paszportu, planowaną trasą i okresem pobytu oraz płacimy opłatę za wstęp wysokości 15 000 CLP (81 PLN) od osoby.

Z Laguna Amarga ruszamy pieszo do kempingu Las Torres (7 km) położonego trochę przed Hosteria Las Torres, dużego zajazdu gdzie rezydują dziani turyści. Pogoda jest piękna, świeci słońce a my podziwiamy rewelacyjne widoki na słynne wieże skalne, będące wizytówką Patagonii. Rozbijamy się na kempingu – miał być darmowy – jednakże wieczorem dopada nas seniora, która pobiera opłatę wysokości 3500 CLP (19 PLN) za nocleg od osoby. Spędzam pierwszą w Chile noc pod gołym niebem gdyż, żeby sobie nieco ulżyć, wzięliśmy tylko 3-osobowy namiot, a ja nie znoszę tłoku :).

Torres del Paine: Torre d’Agostini, Torre Central i Torre Monzino

Torres del Paine: Torre d’Agostini, Torre Central i Torre Monzino

30 stycznia 2008
Torres del Paine: Torre d’Agostini, Torre Central i Torre Monzino
Tagi: Chile, góry, Patagonia, Ameryka Południowa, Torres Del Paine

Następnego dnia ruszamy na podbój słynnych wież, a dokładnie rzecz ujmując chcemy wejść na punkt widokowy znajdujący się przy jeziorku pod wieżami; szczyty granitowych olbrzymów zdobyć może tylko alpinista. Pogoda znowu dopisuje i żwawo zagłębiamy się w dolinę rzeki Asencio zmierzając w stronę schroniska Chileno. Namiot i zbędne graty zostawiamy na kempingu, idzie się wiec lekko i przyjemnie. Przy schronisku spotykamy rodaków, spędzamy pół godzinki na pogawędce i idziemy dalej. Mijamy Campamento Torres i docieramy do Campamento Japones po drodze pokonując rozległe skupisko ogromnych głazów narzutowych. Okoliczności przyrody są powalające: wielkie jak dom okrąglaki, rwące potoki, wodospady, ośnieżone szczyty. Wracamy pod Campamento Torres i rozpoczynamy żmudne podejście pod wieże. Jest stromo, ale opłaca się, widoki na górze rekompensują wysiłek. Jest już wieczór gdy wracamy na nasz kemping, zmęczeni, ale pełni wrażeń. Współtowarzysze wycieczki mają do mnie lekkie pretensje, że wybrałem zbyt długą trasę, ale przecież nie po to pokonuje się pół świata, żeby pokręcić się koło namiotu i pójść spać. Za karę zostaję wyrzucony z namiotu i zasypiam na trawce podziwiając nieznane konstelacje południowego nieba.

Torres del Paine

Torres del Paine

31 stycznia 2008
Torres del Paine
Tagi: Chile, góry, Patagonia, Ameryka Południowa, Torres Del Paine

Kolejny dzień pięknej pogody! Pakujemy sprzęt i ruszamy w dalszą drogę, w stronę schroniska Los Cuernos. Szlak wiedzie brzegiem ogromnego jeziora Nordenskjöld. W trakcie pikniku na polance wznoszącej się nad jeziorem Krzychu udaje się w ustronne miejsce po czym wraca dzierżąc w ręce pękaty portfel. Zaraz potem następuje zmiana pogody. Niewinnie z początku wyglądające chmurki zakrywają całe niebo i wkrótce zaczyna padać rzęsisty deszcz. Zawijamy się w płaszcze przeciwdeszczowe i przemy dalej. Po dotarciu do schroniska Los Cuernos oddajemy znaleziony portfel szefowi, a sami robimy sobie dłuższy postój na herbatkę. Spotykamy parę z Polski – oczywiście obowiązkowa rozmowa – po czym wyruszamy do odległego o 5 km pola biwakowego Campamento Italiano, położonego u wylotu Valle del Francés. Przemoczeni rozbijamy namiot i już w komplecie ładujemy się do środka. Jest trochę ciasno, ale przynajmniej nie pada na głowę. Wieje porywisty wiatr i pewnie byśmy w nocy odlecieli razem z namiotem gdyby nie sprawna akcja Krzycha, który zbiera wszystkie głazy z okolicy i przyciska nimi tropik. Mimo to podmuch wiatru uszkadza nam maszt. Na nasze szczęście jeszcze w nocy przestaje padać i pokazują się gwiazdy.

Rankiem odkrywamy zaletę silnego patagońskiego wiatru: jest on tak suchy, że potrafi wysuszyć w krótkim czasie nawet najbardziej przemoczone ubrania. Pozostawiony na noc na gałęzi drzewa gruby ręcznik, dosłownie ociekający wodą, wysechł w parę godzin na wiór. Suszymy więc ubrania, uważając, żeby były dobrze przywiązane do drzewa i szykujemy się do dalszej drogi. Wschodzi słońce i podziwiamy fantastyczną grę barw na szczytach otaczających Valle del Francés. Mamy szczęście bo znowu będziemy mieć ładną pogodę. To bynajmniej nie jest regułą w tym rejonie, np. jeden nasz znajomy, który będzie w TdP kilka dni po nas, nie zobaczy wież ani na chwilę. Wszystko okryją grube chmury i ściana deszczu, ale jak narazie duchy Indian Ona najwyraźniej się o nas troszczą.

Torres del Paine: Statek turystyczny podpływa do góry lodowej na Lago Grey

Torres del Paine: Statek turystyczny podpływa do góry lodowej na Lago Grey

1 lutego 2008
Torres del Paine: Statek turystyczny podpływa do góry lodowej na Lago Grey
Tagi: Chile, góry, Patagonia, Ameryka Południowa, Torres Del Paine

Do Lodge de Montaña Paine Grande – następnego punktu naszej wycieczki – docieramy jeszcze przed południem. Szybko stawiamy namiot na polu biwakowym nad jasnoniebieskimi wodami Lago Pehoe i bez plecaków niemalże biegniemy w stronę lodowca Gray. Czasu mało, a nam bardzo zależy na zobaczeniu lodowca, chociażby z daleka. Mimo pośpiechu Krzychu znajduje na szlaku aparat cyfrowy, który oddajemy na posterunku straży parkowej. Udaje się nam dotrzeć do punktu widokowego w okolicach schroniska Gray, skąd roztacza się imponujący widok. Spędzamy tam chwilę chyląc czoła przed czołem lodowca. W zatoczce jeziora pływa sobie góra lodowa. Jest zupełnie błękitna, bardziej błękitna niż niebo. Wydaje się całkiem mała, ale dopiero gdy w jej pobliże podpływa statek wycieczkowy zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to naprawdę ogromy kawał lodu. W pewnym momencie fragment góry odrywa się i z głośnym hukiem ląduje w wodach jeziora. Miejsce naprawde urocze, gdybyśmy mieli więcej czasu, można by pójść stamtąd jeszcze dalej, trasą wiodącą wzdłuż lodu, aż do ośnieżonej przełęczy Johna Garniera, która jest najtrudniejszym miejscem wszystkich szlaków Parku Narodowego Torres del Paine. Niestety nie starcza nam czasu – może następnym razem. Posilamy się kawą w schronisku Gray i ruszamy w drogę powrotną, aby tuż przed zmrokiem dotrzeć na kemping. Nasz krzywy namiot z przetrąconym masztem wygląda trochę żałośnie, ale – szczęśliwie dla nas – jeszcze jakoś się trzyma. Jednak w nocy podmuchy wiatru osiągają siłę huraganu i maszt poddaje się ostatecznie.

Ostatni dzień w Parque Nacional Torres del Paine rozpoczynamy na luzie. Po wydostaniu się spod szczątków namiotu jemy śniadanko w altance pełniącej rolę jadalni (jest zlew i kuchenki), pakujemy graty, robimy małe zakupy w sklepiku (ceny – patrz Info) i ustawiamy się w kolejce do katamaranu, który za jedyne 11 500 CLP (62 PLN) zabiera nas do Refugio Pudeto. Pogoda paskudna, pada nieprzyjemny deszczyk. Przy dobrych warunkach z łódki są ponoć rewelacyjne – nieprzypadkowo zdjęcie masywu Torres del Paine z wód Jeziora Pehoe znajduje się zaraz na początku przewodnika Lonely Planet po Chile – nam niestety tym razem szczęście nie sprzyja.

Torres del Paine: Gwanako

Torres del Paine: Gwanako

2 lutego 2008
Torres del Paine: Gwanako
Tagi: Chile, góry, Patagonia, Ameryka Południowa, Torres Del Paine

Teoretycznie z Refugio Pudeto ma nas zabrać ten sam przewoźnik, który przywiózł nas z Punta Arenas. Ale strażnicy twierdzą, że zdarza się, iż autobusy naszej firmy (Buses Barria) nie zawijają pod Refugio Pudeto, więc na wszelki wypadek decydujemy zabrać się za 1000 CLP (5 PLN) od łebka do Laguna Amarga autobusem konkurencji. W trakcie jazdy do Laguna Amarga mijamy całe stada gwanako. Niektóre z nich w ogóle nie boją się samochodów. Próbujemy robić im zdjęcia, ale przez szybę poruszającego się pojazdu niewiele wychodzi. W Laguna Amarga gramy w kości i czekamy na transport do Punta Arenas. W końcu przyjeżdża autokar i na wieczór jesteśmy z powrotem w PA, które wita nas powiewami wiatru momentami tak silnego, że może przewrócić (trzeźwego) człowieka. Chronimy się w restauracji–barze „Lomit’s”, gdzie jemy lomito i pijemy piwo lane. Trochę po północy przemieszczamy się taksówka na lotnisko aby złapać poranny (4:00) samolot do Santiago. Instalujemy się w poczekalni, nastawiamy budziki na 3-cią i kładziemy się do spania na karimatach. 

Punta Arenas po raz drugi

Rano konsternacja. Samolot o 4-tej jest pełny – nie ma nawet jednego wolnego miejsca. Co gorzej, wszystkie pozostałe loty tego dnia również są overbooked. Przeklinamy zamiłowanie Chilijczyków do podróżowania i postanawiamy jeszcze trochę się zdrzemnąć, skoro i tak nie można lecieć dalej. Na lotnisku w PA śpi się całkiem przyjemnie, przez chwilę rozważamy możliwość zostania tam do następnego dnia, ale potem odrzucamy tę opcję jako zbyt mało wartościową turystycznie. Wracamy na jeszcze jeden dzień do Punta Arenas.

Punta Arenas: Drogowskazy na Cerro la Cruz

Punta Arenas: Drogowskazy na Cerro la Cruz

3 lutego 2008
Punta Arenas: Drogowskazy na Cerro la Cruz
Tagi: Chile, Patagonia, Punta Arenas, Ameryka Południowa

Meldujemy się na nocleg w „Hostel en Fin del Mundo”, po czym idziemy na spacer na Cerro la Cruz, wzgórze, z którego rozciąga się widok na całe miasto i Cieśninę Magellana z konturem Ziemi Ognistej w tle. Niedaleko, przy małej kafejce, znajdują się słupy z drogowskazami do metropolii całego świata. Żałujemy, że nie przygotowaliśmy deski z napisem „Kraków 14 276 km”, ale kto mógł wiedzieć... W hostelu oprócz nas jest jeszcze dwóch polaków, którzy wieczorem zapraszają nas na wino do winiarni La Luna pod drugiej stronie ulicy. Okazuje się, że są to nie byle jacy podróżnicy: Arek Pawełek – słynny żeglarz, który wsławił się m.in. samotnym przepłynięciem Atlantyku – oraz Wojtek Brzeziński, przedsiębiorca, który współfinansuje nowe przedsięwzięcie Arka – samotne opłynięcie Przylądka Horn (wyprawa zakończyła się sukcesem, można o tym przeczytać na Onecie ). W winiarni jest mapa świata, w którą można wbić szpilkę z nazwą swojego rodzinnego miasta. Europa zachodnia wygląda niczym jeż, ale Polska świeci pustkami. Wbijamy więc szpilę w Kraków aby zaakcentować nasz pobyt w Punta Arenas. Na pożegnanie dostajemy od Arka dedykację z autografem złożoną na ulotce reklamującej winiarnę, z braku lepszego medium :). 

Atakama

Przemieszczamy się na drugi koniec Chile – 3,5 tys. kilometrów na północ do znajdującej się niedaleko granicy boliwijskiej znanej miejscowości turystycznej San Pedro de Atacama. Wylatujemy z PA, przesiadamy się w Santiago i po międzylądowaniu w Antofagaście docieramy do Calamy. Zależy nam na czasie, więc z lotniska bierzemy taksówkę do odległego o 100 km San Pedro. Jeszcze tego samego dnia udaje nam się zorganizować sobie program tych paru dni pobytu na Atakamie. Wycieczki rezerwujemy w „Desert Adventure”, jednym z kilkudziesięciu biur turystycznych działających w San Pedro (ceny: patrz Info). Nasz pokiereszowany namiot z prowizorycznie naprawionym za pomocą taśmy masztem rozkładamy na kempingu „Los Perales” (3500 CLP (19 PLN) od osoby). Niby pustynia i środek lata, a po zachodzie słońca robi się zimno jak w psiarni, jako że noce na wysokości 2 500 m n.p.m. nie należą do najcieplejszych nawet na zwrotniku. Trzeba oszczędzać wodę: prysznice działają tylko przez godzinę z rana i pod wieczór. No ale w końcu pustynia ma swoje prawa.

Salar de Atacama: Laguna Chaxa

Salar de Atacama: Laguna Chaxa

5 lutego 2008
Salar de Atacama: Laguna Chaxa
Tagi: Pustynia Atakama, Chile, Ameryka Południowa

Następnego dnia ruszamy na pierwszą wycieczkę. Atrakcje dnia to Salar de Atacama z flamingami i laguny Miscanti i Miñiques. Przewodnik, wyluzowany gość imieniem Danilo, nawija na zmianę po hiszpańsku i angielsku. Salar de Atacama wciśnięte jest pomiędzy Góry naszego rodaka Domejki i wulkaniczne pasmo Puntas Negras. Spływająca z gór podskórna woda nie znajduje innej drogi ucieczki jak poprzez parowanie, pozostawiając na powierzchni gruntu zwały soli. Mimo niesprzyjających warunków na płaskowyżu tym jest życie. Jego najbardziej spektakularnym przejawem są zabarwione na pomarańczowo flamingi, które żywią się krewetkami ze słonych wód Laguna Chaxa, małego jeziorka położonego w sercu Salara. Po okolicy kręcą się także zorros czyli lisy. Podziwiamy flamingi i fotografujemy białe stożki prawie sześciotysięcznych wulkanów, po czym Danilo zabiera nas do położonych na wysokości ponad 4 000 m n.p.m. lagun Miscanti i Miñiques. Miejsca bardzo malownicze, jak zresztą można było się spodziewać. Potem jedziemy na lunch do miejscowości Socaire. Pyszny – i co najważniejsze – duże porcje! Druga część wycieczki obejmuje wizytę w Valle de Jeréz. Ta bardzo malownicza oaza położona jest w małej dolince pełnej sadów. Ostatni punkt wycieczki to miasteczko Toconao. Stoi tam uroczy bielony kościółek Św. Łukasza, który liczy sobie ponad 250 lat. W narażonym na wstrząsy tektoniczne Chile taki wiek dla budynku to niezłe osiągnięcie. Wracamy do San Pedro i kończymy dzień kolacją w restauracji.

San Pedro de Atacama: Muzeum Gustawa Le Paige

San Pedro de Atacama: Muzeum Gustawa Le Paige

6 lutego 2008
San Pedro de Atacama: Muzeum Gustawa Le Paige
Tagi: Pustynia Atakama, Chile, Ameryka Południowa

„Priorytetowo kultura przede wszystkiem” – jak mawiał właściciel pewnego sklepiku. Kolejnego dnia postanawiamy odwiedzić miejscowe muzeum archeologiczne. Atakama to wymarzone miejsce dla archeologów, gdyż suchy klimat i sól konserwują wszelkie pozostałości. Museo Gustavo Le Paige jest całkiem okazałe, jak na tak niewielką miejscowość jak San Pedro. Eksponaty tworzą szereg wystaw dotyczących różnych okresów w kulturze Atakamy. Zaczyna się od epoki kamienia łupanego a kończy na erze podbojów hiszpańskich. Ciekawe zabytki pochodzą z okresu dominacji kultury inkaskiej, gdy rejon Atakamy został wchłonięty przez Imperium Czterech Części. Z zainteresowaniem oglądamy utensylia do palenia halucynogennych ziół i grzybów. Niestety najbardziej nas interesujące przedmioty – mumie oraz zdeformowane czaszki ludzkie – zostały usunięte z ekspozycji na skutek protestów ludności miejscowej. Tak to już jest, że najciekawsze rzeczy zawsze muszą budzić czyjeś obiekcje. Jesteśmy zawiedzeni...

Dolina Śmierci (Valle de la Muerte)

Dolina Śmierci (Valle de la Muerte)

6 lutego 2008
Dolina Śmierci (Valle de la Muerte)
Tagi: Pustynia Atakama, Chile, Ameryka Południowa

O 16-tej ruszamy na wycieczkę do Doliny Śmierci (Valle de la Muerte) i Doliny Księżycowej (Valle de la Luna). W Dolinie Księżycowej, jak można domniemywać z nazwy, krajobrazy są iście księżycowe. Natomiast w Dolinie Śmierci krajobraz jest... marsjański. Przewodnik wyjaśnia: dolina miała nazywać się Marsjańska (de Marte), ale na skutek bliżej nieznanych przekłamań z Marte zrobiło się Muerte (śmierć) i tak już zostało. Co za bałagan! Obfotografowujemy na wszelkie sposoby zachód słońca nad Doliną Księżycową i wracamy na kemping. Tej nocy nie pośpimy sobie zbytnio bo początek kolejnej wycieczki zaplanowany jest na... 4-tą rano!

Atakama: Gejzery El Tatio

Atakama: Gejzery El Tatio

7 lutego 2008
Atakama: Gejzery El Tatio
Tagi: Pustynia Atakama, Chile, Ameryka Południowa

Ciemną jeszcze nocą przyjeżdża po nas bus z biura i zabiera do położonych przy samej granicy z Boliwią gejzerów El Tatio. Trochę dziwi nas wczesna pora, ale Salvador, nasz przewodnik, tłumaczy, że para wodna buchająca z otworów w ziemi robi największe wrażenie gdy panuje jeszcze półmrok. A poza tym gejzery najaktywniejsze są właśnie nad ranem. Na miejscu jest sporo turystów, jest również bardzo zimno, gdyż elewacja jest niemała: 4 200 m n.p.m. Gejzerów jest wiele. Niektóre to tylko otwory w ziemi wypełnione bulgoczącym wrzątkiem, a inne – te, które działają w tym samym miejscu od tysięcy lat – obudowane są kopcami ze zmineralizowanych osadów. Amatorzy kąpieli mogą się wymoczyć w ciepłej wodzie w specjalnym jeziorku. Na śniadanie dostajemy jaja à la gejzer, czyli ugotowane na twardo we wnętrzu gejzera, a do tego kubek kakao lub kawy na mleku, które również zostało podgrzane z wykorzystaniem naturalnego ciepła wnętrza ziemi. Bardzo ekologiczne :).

Atakama: Petroglify na ścianie Pukará de Lasana

Atakama: Petroglify na ścianie Pukará de Lasana

7 lutego 2008
Atakama: Petroglify na ścianie Pukará de Lasana
Tagi: Pustynia Atakama, Chile, Ameryka Południowa

Po wschodzie słońca pokonujemy busem piękną trasę widokową po okolicznych górach. Podczas postoju na jednej z przełęczy Salvador pokazuje nam panoramę okolicznych wulkanów oraz llaretęchachacomę: rośliny wysokogórskie o różnorakich zastosowaniach. Zjeżdżamy z gór do małej wioski Caspana, gdzie wyraźnie zaznaczają się wpływy kultury pre-chrześcijańskiej. Krzyż we wsi przyozdobiony jest kolorowym papierem i frędzlami, a u jego podnóża stoi flaszka johnny walkera mająca na celu nastawić pozytywnie lokalne bóstwa. Na dachach domów znajdują się małe krzyże, również przyozdobione kolorowymi papierami, których zadaniem z kolei jest odpędzenie złych mocy. Trwa karnawał i wszędzie walają się butelki po piwie i mocniejszych trunkach. Z Caspany jedziemy do wsi Lasana, gdzie jemy smaczny lunch i zwiedzamy ruiny XII-wiecznego grodziska. Salvador opowiada nam dużo ciekawostek związanych z kulturami rejonu Atakamy, jak również pokazuje zachowane na ścianach fortecy petroglify. Następnym przystankiem jest miejscowość Chiu-Chiu, malownicza wioska z kościołem Św. Franciszka, prawdopodobnie najstarszym w Chile, zbudowanym w 1540 roku. Zwraca uwagę wspaniały sufit i inne elementy stolarki wykonane z drewna kaktusowego. W Chiu-Chiu wczesnym popołudniem panuje sielska atmosfera.

Atakama: Kościół Św. Franciszka w Chiu-Chiu

Atakama: Kościół Św. Franciszka w Chiu-Chiu

7 lutego 2008
Atakama: Kościół Św. Franciszka w Chiu-Chiu
Tagi: Pustynia Atakama, Chile, Ameryka Południowa

Z Chiu-chiu nie wracamy już do San Pedro. Salvador odwozi nas na aeroporto w Calamie. Czekamy nerwowo na nasze plecaki, które miały dojechać osobnym transportem. Pesymistycznie nastawiony Krzychu przewiduje, że plecaki już się nie odnajdą, ale najwyraźniej duchy Indian Ona zainterweniowały i na pół godziny przed odlotem samolotu zjawia się auto z naszymi bagażami. Zaraz potem okazuje się, że samolot jest opóźniony o godzinę. Życie. W Santiago jesteśmy późnym wieczorem, ale już na lotnisku pewien gość proponuje nam nocleg w hostelu w centrum miasta za 6000 CLP (33 PLN) od osoby. Zawozi nas tam swoim mikrobusem. Hostel (nazwy zapomnieliśmy; adres: Santa Isabel 30) jest całkiem przyzwoity a my jesteśmy zadowoleni, że nie musimy wysilać się z szukaniem noclegu, gdyż zmęczenie całodniową wycieczką i lotem z Calamy daje znać o sobie. 

Valparaíso

Valparaíso: Uliczki Cerro Concepción

Valparaíso: Uliczki Cerro Concepción

8 lutego 2008
Valparaíso: Uliczki Cerro Concepción
Tagi: Chile, Ameryka Południowa, Valparaíso, Valpo

Zostaje nam jeden pełny dzień pobytu w Chile. Nie możemy się zdecydować, czy zwiedzać Santiago, czy pojechać nad Pacyfik, do Viñia del Mar albo Valparaíso. Pada argument, że wszystkie duże miasta są takie same i jedziemy do Valpo zanurzyć się w Oceanie Spokojnym. Valparaíso to spore, portowe miasto, które swój okres świetności przeżywało gdy nie istniał jeszcze Kanał Panamski. Wtedy był to jeden z ważniejszych portów w Ameryce Południowej. Szczególnie warta zwiedzenia jest stara część miasta: labirynt wąskich uliczek rozpostarty na kilku wzgórzach, na które można dostać się wiekowymi windami szynowymi (ascensores). Spacerujemy po najstarszej części miasta, Cerro Concepción, fotografując pokryte kolorowym graffiti kamieniczki. Valpo nie jest najbezpieczniejszym miejscem. Ponoć zdarzają się tu kradzieże, a nawet rozboje. Kilkakrotnie byliśmy ostrzegani przez przechodniów, aby nie trzymać aparatów fotograficznych na wierzchu, ale w sumie to nikt nas nie zaczepiał. Z Cerro Concepción idziemy na plaże miejską, gdzie dokonujemy rytualnego zanurzenia w Pacyfiku. Woda zimna jak – nie przymierzając – w Bałtyku, ale dajemy radę. Na zakończenie wizyty w Valpo jemy chorillanę – stertę frytek z mięsem, jajkami, cebulą i sosem – w pubie „Casino Royal J Cruz”, po czym zbieramy się z powrotem do Santiago. 

Powrót do Polski

Buty wędrowca

Buty wędrowca

9 lutego 2008
Buty wędrowca
Tagi:

Robimy ostatnie zakupy i przygotowujemy prowiant na drogę (kupujemy gotowe empanadas i bułki z parówą). Postanawiam pozbyć się swoich wysłużonych butów, których śmierć techniczna nadeszła właśnie na tej wyprawie. Na zawsze pozostaną w chilijskiej ziemi. Po spakowaniu się jedziemy meterm na stację Pajaritos, stamtąd dalej autobusem na lotnisko. Tym razem bez problemów dostajemy się na samolot do São Paulo. W São Paulo również nie ma problemu z miejscami do Frankfurtu. Już mamy opuszczać poczekalnię, gdy Krzychu zatrzymuje się, wyciągniętą ręką pokazując na... portfel leżący bezpańsko na krzesełku obok. Mam tego dość – odciągam go i pozostawiamy zgubę swojemu losowi. Duchy Indian Ona odwalają dobrą robotę zsyłając na nas cudze portfele i aparaty fotograficzne, ale takie wyobrażenie o szczęściu à la ludy prymitywne mi nie odpowiada. Gdzie w tym wartości wyższe? :)

Duchy chyba się obraziły, bo we Frankfurcie ucieka nam samolot do Krakowa i kiblujemy na lotnisku przez siedem godzin czekając na następny. Daje to dobrą okazję do podsumowania wyprawy. Zobaczyliśmy tylko niewielką część tego, co Chile ma do zaoferowania, i – nie da się ukryć – były to miejsca bardzo popularne turystycznie, wręcz oblegane. Mimo to warto było. Walory przyrodnicze Chile są niepodważalne, jest to raj dla amatorów aktywnego spędzania czasu. Jak wynika z przytoczonych w tej relacji kosztów, Chile nie jest krajem tańszym od Polski. Ceny są porównywalne do naszych, a w miejscach takich jak San Pedro de Atacama czy Torres del Paine odpowiednio wyższe. To nie może dziwić, gdyż przewalają się tam tłumy zasobnych w gotówkę turystów z USA i Europy zachodniej. Chile również nie jest krajem „dzikim”: transport, telekomunikacja, internet, itd. są na takim poziomie jak u nas albo wyższym, turysta zaś nie wzbudza zbytniej sensacji samą swoją obecnością. To na pewno najbardziej cywilizowana część Ameryki Południowej. 

Atakama i Andy
7 lutego 2008
Atakama i Andy
Tagi: Pustynia Atakama, Chile, Ameryka Południowa