Z Krakowa do Sniny dojechaliśmy przez Łysą Polanę, Poprad i Humienné. Trasa ta ma 340 km i pokonanie jej zajęło nam ok. 7 godz. Kemping w Sninie znajduje się tuż za miasteczkiem, przy drodze prowadzącej na południe w kierunku gór Wyhorlat. Ceny jak najbardziej przystępne: za jedną osobę w namiocie (są jeszcze bungalowy – ale tej wersji nie testowaliśmy) wychodzi ok. 80 SKK wliczając w to parkowanie samochodu i podpięcie do prądu.
Następnego dnia ruszyliśmy na Sniński Kamień (Sninský kameň), najbardziej interesujący szczyt w górach Wyhorlat. Ze Sniny wiedzie na niego żmudne podejście przez las (ok. 800 m w pionie), które zdaje się nie rokować żadnych widoków, dookoła tylko drzewa i drzewa. Ale po pewnym czasie, pod szczytem, przez drzewa zaczyna przezierać masywna kamienna struktura sprawiająca wrażenie jakby była wymurowana z wielkich głazów przez człowieka. Nic bardziej mylnego, to właśnie Sninský kameň, pozostałość powulkaniczna utworzona tylko i wyłącznie przez naturę. Kamień wznosi się ponad okoliczne lasy, oferując niezapomniane widoki na Bieszczady, Góry Slańskie i Nizinę Wschodniosłowacką hen aż po Węgry. Ponoć ze szczytu, przy sprzyjającej pogodzie, można oglądać piękne zachody słońca nad Tatrami (tak przynajmniej twierdził właściciel kempingu, pan Stefan). My byliśmy tam trochę za wcześnie, żeby sprawdzić czy to prawda, ale i tak widoki ze Sninskiego Kamienia zrobiły na nas duże wrażenie. Szczyt porośnięty jest roślinnością przypominającą góry Bałkanów, zwracają uwagę ogromne kolorowe motyle fruwające między kolczastymi krzewami. Sniński Kamień jest dość rozległy i dzieli się na dwie części: północną i południową. Oczywiście warto wspiąć sie na obie. Na szczycie północnej części znajduje się metalowy krzyż a na nim, w specjalnej stalowej skrzyneczce jest zeszyt, do którego można wpisać się na pamiątkę, co też skwapliwie uczyniliśmy.
O ile większość uczestników wycieczki ukontentowała się zdobyciem Kamienia, to ja postanowiłem jeszcze odwiedzić Veľké Vihorlatské jazero, malownicze jeziorko położone na południe od Kamienia zwane również Morskim Okiem. Warto. W drodze powrotnej do Sniny minąłem jeszcze Malé Vihorlatské jazero (Małe Morskie Oko, jak można się domyślać), które jednak jest niczym więcej jak tylko niewielkim stawem wśród lasu. Wróciwszy pod kemping zastałem resztę ekipy w lokalnym barze. Jak się okazało, ich również nie ominęły atrakcje. Siedzieli sobie spokojnie delektując się zimnym browarem gdy nagle pod lokal zajechał naprawdę niezwykły egzemplarz Škody 105L po tuningu. Frankie zareagował natychmiast i przeprowadził małą sesję fotograficzną z tym nietypowym pojazdem w roli głównej.
Wieczorem na kempingu trochę pogawędziliśmy z właścicielem. Bardzo sympatyczny człowiek i wybitny specjalista od nalewania piwa. Zaraz na początku prześmiał nasz zwyczaj lania piwa po ściance. Według niego piwo trzeba nalać z impetem gdyż wtedy następuje wygazowanie i w efekcie napój znacznie lepiej smakuje. A że nalewanie trwa dłużej? Cóż, the best things come to those who wait. Sielanka jednak nie trwała długo: bar wkrótce zamknięto, gdyż lokalne przepisy nie pozwalają na sprzedawanie alkoholu po 22-giej.
Ranek następnego dnia przywitał nas ścianą deszczu. Początkowo były jeszcze jakieś nadzieje, że się rozpogodzi, ale w miarę upływu czasu chmury stawały się coraz gęstsze a deszcz intensywniejszy. Szybko stało się jasne, że tego dnia wędrówka po górach nie jest możliwa. Zainstalowaliśmy się pod wiatą gdzie rozpaliliśmy ognisko i każdy oddał się swoim czynnościom. Gosia fotografowała ślimaki, Frankie klepał w laptopa a ja udawałem, że czytam książkę. Jakoś dotrwaliśmy do dnia kolejnego, który na szczęście przyniósł całkiem inną pogodę, ciepłą i słoneczną. Pojechaliśmy więc na drugą stronę Wyhorlatu, przez Humienné i Michalovce nad Vinianske jazero. Tam zostawiliśmy auto i pieszo udaliśmy się żółtym szlakiem na Viniansky hradny vrch, gdzie znajdują się malownicze ruiny obronnego zamku z XIV w. Warownia ta, wraz z pobliskim zamkiem Brekov, strzegła dawnego szlaku tranzytowego z Polski na Węgry. Miejsce bardzo piękne, fantastyczne widoki na całą okolicę. Pokręciliśmy się trochę po prastarych murach, zjedliśmy przygotowane uprzednio kanapki i zeszliśmy ze stoku południowym zboczem do wsi Vinné. Tam załapaliśmy się na autobus, który zabrał nas z powrotem nad Vinianske jazero. Wracając autem na kemping zarobiliśmy mandat wysokości 500 SKK Jak się okazało, wokół Vinianskego jazera obowiązuje ruch jednokierunkowy, ale w kierunku przeciwnym niż na normalnym rondzie. Potem jeszcze kąpiel w Zemplínskiej Širavie i powrót na kemping.
Pierwszego dnia sierpnia okazało się, że dziewczyny dopadło zatrucie i nie nadawały się do czynnego (biernego zresztą też nie) uprawiania turystyki. Frankiemu natomiast szwankował bardziej umysł niż ciało, gdyż przez cały dzień układał głupawe częstochowskie rymy, które potem wyśpiewywał. Po upewnieniu się, że stan współuczestniczek wycieczki jest stabilny wybraliśmy się z Frankiem na północ, na tereny Parku Narodowego Połonin – takiego odpowiednika naszego Bieszczadzkiego PN. Widoki jak u nas w Beskidzie Niskim. Zwiedziliśmy kilka zabytkowych kościołów i cerkwi (Stakčin, Jalova, Dara, Topoľa), po czym w miarę szybko wróciliśmy na kemping sprawdzić jak się miewa reszta wycieczki. Okazało się, że nie obejdzie się bez kontaktu z miejscową służbą zdrowia. Frankie zabrał Agę do szpitala w Sninie, gdzie zrobiono jej standardowy zestaw badań, wystawiono rachunek na – ku wielkiej uldze wszystkich – 60 SKK (6 PLN!!!) i postawiono następującą diagnozę: „pacjentka včera večer zjedla klobasu, od vtedy 7× vracala, má hnačku, močenie bpn, je slabá”. Leczenie: do domu i dieta.
Kolejnego dnia okazało się, że tajemnicze zatrucie dopadło Frankiego. Tylko mnie jedynemu nic się nie stało, aczkolwiek spożywałem dokładnie te same płyny i pokarmy co pozostali uczestnicy wycieczki. Osobiście odebrałem to jako znak, że zostałem wybrany do wypełnienia misji, tylko jeszcze nie wiem jakiej. Pewnie wkrótce się okaże. W takim układzie nie pozostało nic innego jak zbierać się do domu. Powrót do Krakowa zajął nam prawie cały dzień – niby nie tak daleko, ale ciągle na drodze były jakieś przeszkody: a to wypadek, a to znowu roboty drogowe... Poza tym nie mogliśmy się nie zatrzymać przynajmniej na chwilkę przy imponującym Zamku Spiskim (Spišský Hrad), przeogromnych ruinach wyglądających jak wyjęte z gry komputerowej. Warto zwiedzić, chociaż turystów tam zatrzęsienie bo obiekt ten jest wpisany na Listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. W końcu pod wieczór wymięci dotarliśmy do rodzinnego miasta. Mimo perypetii wycieczkę tę zaliczamy do udanych. Tym razem dowiedzieliśmy się o kolejnym plusie Słowacji, jakim jest... tania służba zdrowia.








Komentarze (0)