Zwiedzamy... Monachium 31 października–1 listopada 2009
Początek okazuje się niezbyt fortunny. Ruszamy z Krakowa Lufthansą do Monachium gdzie czeka nas przesiadka na lot do Hongkongu. W stolicy Bawarii niemiła niespodzianka: samolot jest pełen, nie ma w ogóle miejsca (my, jak zwykle, mamy bilety typu stand by, bez „miejscówek”). Zapał uczestników wyprawy zaczyna topnieć w oczach. ojawiają się nieśmiałe propozycje aby wykupić ofertę last minute w którymś z lotniskowych biur podróży i zamiast do Azji udać się na śródziemnomorską plażę aby leżeć. Daję stanowczy odpór tego typu herezjom i po surowym ukaraniu defetystów rozbijamy obóz koczowniczy na lotnisku z zamiarem czekania do wieczora dnia następnego na kolejny lot do Hongkongu.
Jak by nie było, jakoś trzeba zagospodarować nieplanowany pobyt w Monachium. Jedziemy kolejką podmiejską do centrum i włóczymy się po mieście, aż w końcu trafiamy do parku gdzie leją piwo do litrowych kufli i serwują wursty i insze smakołyki z rusztu. Powoduje to nadszarpnięcie naszych rezerw euro i musimy wycofać się z powrotem na lotnisko.
Siedzimy smętnie pod gate’em i obserwujemy tłum pasażerów ładujących się do samolotu. Co chwila z zakamarków budynku wyłaniają się spóźnieni maruderzy i dołączają do kolejki, mimo, że do zamknięcia boardingu już tylko chwila. Wygląda na to, że moje dni na stanowisku kierownika wycieczki są policzone...
– Zbierajcie się, zabieramy was – te słowa obsługi brzmią niczym najpiękniejsza muzyka. Chyba jednak uda się dotrzeć do Wietnamu... ![]()
Sajgon (Tp. Hồ Chí Minh) 2–3 listopada 2009
Późnym wieczorem następnego dnia w końcu stawiamy stopy na wietnamskiej ziemi. Dotarcie do Hongkongu okazało się najtrudniejszą częścią przelotu, potem już wszystko poszło gładko. Nie mieliśmy żadnych problemów na granicy.
„Nie ma wątpliwości, że to Azja” – taka myśl przemyka mi przez głowę w pierwszych chwilach w Sajgonie
. Zgiełk i harmider, całe życie toczy się na ulicy. Jedziemy do Dzielnicy Pierwszej i tam znajdujemy bardzo przyjemny hotel za jedyne 35 USD (101 PLN) za czteroosobowy apartament z łazienką, klimatyzacją, ręcznikami, pościelami, lodówką, etc. Pierwszy plus: nie jest drogo! (Przykładowe ceny z tej wyprawy i info o noclegach podaję tutaj).
Kolejny dzień mija nam na bardzo pobieżnym zwiedzaniu Sajgonu i załatwianiu spraw organizacyjnych. Kupujemy bilety na samolot z Hanoi do Sajgonu w biurze Wietnam Airlines, gdyż mamy zamiar zakończyć naszą podróż na północy. Potem w jednym z biur podróży zamawiamy bilety autokarowe open-tour pozwalające na pokonanie trasy południe–północ z przystankami w najpopularniejszych miejscach turystycznych. Autokar wyposażony jest w miejsca do spania i jedzie nocą, co pozwala na zaoszczędzenie czasu i pieniędzy, oczywiście kosztem nieco zmniejszonego komfortu podróżowania, ale cóż to dla nas...
Ćwiczymy przechodzenie przez ulicę: należy iść spokojnym, miarowym krokiem a motocykliści i insze wehikuły zmieniają troszkę swój tor ruchu robiąc miejsce dla maszerującego śmiałka. Pod żadnym pozorem nie należy wykonywać gwałtownych ruchów!
W samym Sajgonie niewiele udaje nam się zobaczyć ze względu na brak czasu. Kręcimy się po okolicach siedziby Komitetu Ludowego, na którą został wybrany pięknie odnowiony Hôtel de Ville, postawiony przez Francuzów w czasach kolonialnych. Odwiedzamy jakąś buddyjską świątynię, idziemy do knajpy na obiad (wołowina z zieloną papryką i ryżem – bardzo dobre), a wieczorem krążymy po nabrzeżu rzeki Sajgon
. ![]()
Rzeka Dziewięciu Smoków 4 listopada 2009
Sajgon jest również naszym punktem wypadowym do Delty Mekongu
. Jednodniowa wycieczka z biurem podróży za 9 USD (26 PLN) od osoby zaczyna się o 8:00 i trwa do wieczora. Jedziemy autokarem w rejon miast Mỹ Tho i Ben Tre, gdzie wraz z grupką innych turystów obwożą nas łodziami po rozlewisku Mekongu. Wycieczka – jak to z biurem – trochę tandeciarska (np. można sobie zrobić zdjęcie dzikim wężem w objęciach, z czego kol. Krzysztof skwapliwie skorzystał), co nieco obliczona na naganianie klienteli wszelakiej maści handlarzom cepeliady, ale nam i tak się podoba, nie mamy czasu żeby zorganizować sobie coś bardziej wymyślnego. Oglądamy też fabrykę cukierków kokosowych i plantację owoców tropikalnych, pływamy małymi dżonkami po wodnym labiryncie prowadzących przez zarośla kanałów. Dżonki i łódki są w delcie Mekongu najpewniejszym sposobem komunikacji. Drogi naziemne na ogół zamieniają się w błoto gdy licząca sobie prawie 5000 km Rzeka Dziewięciu Smoków podnosi swój poziom wraz z końcem maja.
Wieczorem, po powrocie do Sajgonu, jemy kolację w jadłodajni mieszczącej się przy jednej z wąskich uliczek rejonu Pham Ngu Lao. Niedrogo i bardzo smacznie. Potem, w pobliskiej piwiarni, spotykamy Kanadyjkę, która podróżuje już siódmy miesiąc po Dalekim Wschodzie. Była na Filipinach, w Indonezji, Malezji, a teraz kończy swoją wyprawę zwiedzaniem Wietnamu i Laosu. Nasze kilkanaście dni w Wietnamie wypada bardzo skromnie w tym kontekście...
Kończy się dzień i zaczyna się pierwsza dla nas noc w nowym środku komunikacyjnym, wzmiankowanym już wcześniej open-tour sleeper busie. Jeżeli kierowca ma ułańską fantazję, to raczej sobie nie pośpimy, ale w innych przypadkach wynalazek ten nawet spełnia swoją rolę. Do Nha Trang – kolejnego punktu naszej wyprawy – wyruszamy z pewnym opóźnieniem, ale poza tym wszystko przebiega gładko i bez problemów. Mam wrażenie, iż Wietnamczycy bardzo solidnie przykładają się do swoich obowiązków i starają się sumiennie wywiązywać z podjętych zobowiązań. ![]()
Nha Trang 5 listopada 2009
W Nha Trang
jesteśmy tylko przelotem, nie szukamy hotelu. Mimo to nie ma problemu ze skorzystaniem z łazienki w biurze podróży obsługującym open-tour jak również z zostawieniem tam bagaży na czas zwiedzania. Na początek ruszamy na plażę, z której miasto słynie.
Na nabrzeżu zastajemy krajobraz jak, nie przymierzając, na Rynku Głównym w Krakowie po Sylwestrze: tony śmieci wszelakiej maści szczelnie pokrywają podłoże. Ciężkie, ołowiane chmury przewalające się nad wciąż wzburzonymi wodami Morza Południowochińskiego są świadkiem tego, co tu niedawno miało miejsce: tropikalny sztorm, jeden z najsilniejszych w historii, zdemolował okolice Nha Trang i w ogóle spory kawał wybrzeża Wietnamu. Przez chwilę snujemy się po plaży i grzebiemy w wyrzuconych przez morze odpadach, jednak nie znajdujemy nic godnego uwagi, chyba, że za takowe uznamy: nóż kuchenny produkcji nowozelandzkiej, klapki, fragmenty martwych węży i kawałek ścianki działowej z cegły.
Potem zwiedzamy miasto. Wchodzimy na wzgórze gdzie znajduje się Katedra, ale bardziej interesujące okazuje się sąsiednie wzniesienie z Pagodą Long Son. Oprócz świątyni są tam też dwa posągi przedstawiające Buddę w różnych pozycjach. Jeden Budda siedzi na szczycie wzgórza (widać go z prawie każdego miejsca w mieście), a z tarasu widokowego znajdującego się u jego stóp można cieszyć się panoramą miasta i widokiem na morze. Drugi Budda leży sobie w nonszalanckiej pozie pomiędzy budynkami pagody i eksponuje stopy z podbiciami ozdobionymi – o zgrozo – symbolami swastyki
(ale skrętność nie ta co u Adolfa i spółki).
Odwiedzając pagodę nie należy dać się nabrać na gadkę dzieci zaczepiających turystów, które przedstawiają się jako „studenci” pobierający nauki w świątyni. Jeżeli nie każemy im odejść od razu, to – jak zwykle w takich sytuacjach – będą chciały pieniążki za „pokazanie” świątyni.
Jemy pyszne pho (pożywny i tani rosół, prawdziwy przyjaciel wędrowca) w jadłodajni dla miejscowych, co poznajemy po tym, że nie ma widelca do wyjedzenia makaronu z zupy. Postanawiam użyć pałeczek co owocuje kolejnymi tłustymi plamami na moich spodniach. To dopiero początek wyprawy, a wyglądam już jakbym był od roku w podróży.
Wieczorem przyjeżdża nasz open-tour sleeper bus i ruszamy do kolejnego celu wyprawy – uroczego miasteczka Hội An. ![]()
Hội An i Mỹ Sơn 6 listopada 2009
Szosa do Hội An
jakby trochę gorsza – a i kierowca preferuje bardziej dynamiczny styl jazdy – więc na miejsce przyjeżdżamy nieco niewyspani lecz za to w samą porę, żeby załapać się na wycieczkę do leżących 50 km za miastem ruin Mỹ Sơn
. To może nie najlepiej zachowany, ale za to największy kompleks budowli Czamów w Wietnamie. Królestwo Czampy
istniało na terenach obecnego środkowego Wietnamu od II-go do XV-go wieku naszej ery, potem Czamowie zostali wchłonięci przez Wietnamczyków, ale wcześniej skutecznie opierali się próbom podbicia przez Khmerów. Byli ludem wyznającym hinduizm, używali sanskrytu, mieli silne związki z Jawą, skąd prawdopodobnie pochodzili. Byli potęgą morską i ze względu na tendencje do piractwa pozostawali skonfliktowani z sąsiadującymi Wietnamczykami i Khmerami. Samo Mỹ Sơn zostało zasiedlone pod koniec IV-go wieku i było zamieszkane co najmniej do XIII-go wieku. W trakcie wojny wietnamsko-amerykańskiej w ruinach ukrywali się partyzanci Wietkongu
co niestety sprowokowało Amerykanów do zbombardowania Mỹ Sơn i zniszczenia sporej części zabytkowych budowli. Obecnie rząd wietnamski planuje odrestaurowanie miasta.
Oglądamy pozostałości po Czamach po czym wracamy do Hội An. W mieście, o czym nie wspomniałem wcześniej, jest powódź, zapewnie efekt tego samego sztormu tropikalnego, który zdemolował plażę w Nha Trang. Jednakże nie ma to większego wpływu na funkcjonowanie miasta, mieszkańcy trochę intensywniej korzystają z łódek, ale poza tym business as usual. Hội An to bardzo klimatyczne miejsce, przy wąskich uliczkach stoją stare kolonialne kamienice z knajpkami i sklepikami z najróżniejszym asortymentem. Na ulicy można kupić pyszne pączki wypiekane w pełnym oleju a u rozlicznych krawców obstalować szyty na miarę ciuch za kilkadziesiąt dolarów. Krzysztof postanawia uzupełnić braki w garderobie i zamawia płaszcz. Krawiec rusza do roboty i następnego dnia rano o 6:00 dostarcza gotowy produkt do naszego hotelu. Nasz klient – nasz pan! ![]()
Huế i okolice 7–8 listopada 2009
Huế
jest od Hội An o przysłowiowy rzut beretem więc ten odcinek jako jedyny pokonujemy w ciągu dnia. Ruszamy o 7:00 i już trzy godziny później jesteśmy w mieście nad Rzeką Perfumową
. Wpadamy prosto na naganiaczy hotelowych i dajemy się prowadzić do hotelu (ceny – patrz sekcja Info).
Zwiedzanie Huế zaczynamy od szperania po bazarze Dong Ba. To najzwyklejszy targ, nic zabytkowego. Kupuję sobie parę naczyń z gliny, zupełnie pospolitych, przeznaczonych do użytku codziennego, nie żadnych pamiątek czy dzieł sztuki. Ceny od 10 000 VND (2 PLN) do 20 000 VND (3 PLN) w zależności od przedmiotu. Niestety podczas podróży do Hanoi nieopatrznie zostawiam je wraz z głównym plecakiem w bagażniku autokaru i ulegają one zniszczeniu... Szkoda, bo miałbym elegancki, gliniany czajnik do gotowania wody na herbatę ;)
Mamy trochę dość łażenia, mimo że to dopiero początek zwiedzania Huế, ale od czego są niezawodni rikszarze. Natychmiast materializują się chętni do wożenia nas po mieście na dużych i wygodnych rikszach (150 000 VND (24 PLN) za rikszę). Korzystamy z oferty i już wkrótce pokonujemy zaimprowizowaną przez naszych przewoźników trasę wewnątrz słynnej Cytadeli: kwadratowego obszaru w centrum miasta, otoczonego grubym na dwa metry murem z licznymi bramami obronnymi. Po drodze robimy sporo przystanków: wspinamy się na bramy i podziwiamy roztaczające się stamtąd widoki na miasto, odwiedzamy dom, w którym spędził wczesną młodość Ho Chi Minh (obecnie oczywiście coś w rodzaju mini-muzeum), zwiedzamy klimatyczną pagodę oraz jezioro Tinh Tam. Cytadela jest ogromna, a w jej wnętrzu – zupełnie jak za dawnych czasów – mieszka spora część populacji Huế.
Zwalniamy naszych rikszarzy i już na własnych nogach wchodzimy do Cesarskiego Miasta (Hoang Thanh): wewnętrznej, mniejszej cytadeli, również otoczonej murem, ale wyższym i z bramami znacznie bardziej ozdobnymi (wstęp 55 000 VND (9 PLN)). To tutaj skomasowane są najważniejsze zabytki Huế. Nas najbardziej interesuje Zakazane Miasto (Tu Cam Thanh), czyli pałac cesarski. Zakazane zapewne dlatego, że cesarz trzymał tam swoje konkubiny i nie życzył sobie żadnych nieproszonych gości.
Cały zespół miejski Huế jest wpisany na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, lecz wciąż jest on mocno zaniedbany jak na tej klasy obiekt. To skutek podejścia władz komunistycznych: przez spory okres działania Socjalistycznej Republiki zabytki były uznawane za coś absolutnie zbędnego, burżuazyjny bagaż minionej epoki. Obecnie to się zmieniło, więc jest szansa, że niedługo Huế odzyska swój pełny splendor.
Kolejnego dnia pobytu w Wietnamie mkniemy przy pięknej, słonecznej pogodzie na motocyklową wycieczkę po okolicy. Każdy ma swój motocykl wraz z kierowcą. Zaczynamy od Pagody Thien Mu: jednego z najważniejszych zabytków Wietnamu. Pierwsza wersja świątyni została zbudowana w 1601 roku przez Nguyen Hoang’a, gubernatora prowincji Thuan Hoa. Potem budynki świątyni były wielokrotnie niszczone i odbudowywane. Charakterystyczna ośmioboczna wieża Thap Phuoc Duyen powstała w 1844 roku. Każde z jej siedmiu pięter poświęcone jest Buddzie człowieczemu – manuszibuddha.
Potem oglądamy japoński kryty most Thanh Toan, położony gdzieś wśród wiosek otaczających Huế. W cienistym wnętrzu dwóch miejscowych oddaje się beztroskiej drzemce i przez chwilę mamy ochotę się do nich przyłączyć. W końcu jednak trafiamy do znajdującego się nieopodal mostu muzeum – należałoby je chyba nazwać muzeum wsi wietnamskiej – gdzie przemiła staruszka demonstruje nam działanie różnorakich urządzeń używanych przez ludność wiejską przed nastaniem ery powszechnej mechanizacji. Pani jest przemiła a muzeum bardzo ciekawe, więc spędzamy tam dłuższą chwilę.
Nasi kierowcy zawożą nas następnie do Pagody Tu Hieu. Przepięknie miejsce, otoczone lasem i parkiem, po zacienionych alejkach spacerują mnisi z ogolonymi głowami ubrani w brązowe habity. Odpoczywamy chwilę w cieniu starych drzew nad brzegiem jeziorka wewnątrz świątyni, po czym zmieniamy klimaty z sakralnych na outdoorowe i jedziemy na wzgórze Vong Canh, skąd rozciąga się piękny widok na Rzekę Perfumową. Są też pozostałości amerykańskich bunkrów zbudowanych aby kontrolować okolicę i ruch na rzece.
Na zakończenie dnia zostaje nam Grobowiec Cesarza Tu Duca. Określenie „grobowiec” nie oddaje do dobrze charakteru tego miejsca. Tak naprawdę jest to spory kompleks, który najdłużej panujący monarcha z dynastii Nguyen kazał sobie zbudować w ramach zabezpieczenia życia wiecznego, i z którego chętnie korzystał również przed śmiercią. W kompleksie znajduje się między innymi posadowiony na palach nad małym jeziorkiem budynek Xung Khiem, gdzie władca odpoczywał w otoczeniu nałożnic, świątynia Hoa Khiem, gdzie oddawano mu cześć, oraz pawilon ze stelą cesarza: skromną, dwudziestotonową płytą, na której władca własnoręcznie machnął parę inskrypcji. Cesarz to ma klawe życie! Co ciekawe, Tu Duc nie został nigdy pochowany w „grobowcu”, lecz w jakimś innym, objętym ścisłą tajemnicą miejscu.
Po skończonej wycieczce wracamy do Huế i tam oczekujemy na – ostatni już na tej wycieczce – nocny kurs open-tour, który ma nas przenieść do stolicy Wietnamu – Hanoi. ![]()
Wyspa Cát Bà i Zatoka Hạ Long 9–12 listopada 2009
W Hanoi natychmiast obieramy kurs na wyspę Cát Bà. Chcemy dostać się do miasteczka o tej samej nazwie, położonego w południowej części wyspy i stamtąd eksplorować samą wyspę jak i leżącą w pobliżu zatokę Hạ Long
. Jedziemy na dworzec Luong Yen w południowo-wschodniej części stolicy i kupujemy bilety do Cát Bà (zob. Info). Dotarcie na wyspę zajmuje nam resztę dnia. Jest poza sezonem i szybko znajdujemy tani hotel w samym centrum miasta z pięknym widokiem na port za 8 USD (23 PLN) za pokój dwuosobowy. Miasteczko o tej porze roku bynajmniej nie jest zatłoczone i to nam się bardzo podoba. Robimy jeszcze wieczorny spacer po okolicy i udajemy się na zasłużony odpoczynek do hotelu, gdyż następnego dnia czeka nas gwóźdź programu: rejs łodzią po zatoce Hạ Long.
Postanawiamy szarpnąć się i wynająć całą łódź tylko dla siebie aby w spokoju kontemplować jeden z Cudów Natury. Wychodzi po 25 USD (72 PLN) od łebka – do zniesienia. Rano przyjeżdża po nas ekipa motocyklistów i zawozi do położonej nieco za Cát Bà przystani, skąd wypływamy. Bawimy się świetnie przez cały dzień żeglując po turkusowych wodach zatoki, zwiedzając wapienne groty, pływając kajakami i kąpiąc się. W zatoce, pośród wapiennych wysepek, kwitnie życie. Malutkie łódeczki napędzane wiosłami śmigają pomiędzy dryfującymi na wodzie domostwami. Większe jednostki wiozą turystów i towary. Przy odrobinie szczęścia można natknąć się na łódź z charakterystycznym, bordowym żaglem, przypominającym płetwę grzbietową drapieżnej ryby. Zatoka bardzo nam się podoba a dobrego wrażenia nie psuje nawet nachalne przymawianie się obsługi naszej łodzi o napiwek ani nie do końca udana pogoda: zachmurzone niebo z przelotnymi opadami. Wracamy do Cát Bà usatysfakcjonowani i pełni wrażeń.
Wieczorem co poniektórzy, aby ochłonąć, fundują sobie masaż. Masuje niejaki pan Wu, bardzo sympatyczny Chińczyk poznany dzień wcześniej na mieście. Godzinka masażu kosztuje 100 000 VND (16 PLN).
Kolejny dzień, dla odmiany, spędzamy na stałym lądzie. Pokonujemy kilkunastokilometrową trasę trekkingową w Parku Narodowym Cát Bà wiodącą przez pięć wzgórz porośniętych dżunglą. Przewodnik wiezie nas autobusem, wraz z grupką innych turystów, do wejścia do parku i stamtąd ruszamy dalej na piechotę. Trasa nie jest może bardzo długa, ale upał i duża wilgotność dają się we znaki. Dżungla jest jakby uśpiona, nie widać prawie w ogóle zwierząt za wyjątkiem wielkich pająków z segmentowanymi nogami, czatujących nieruchomo w środku sieci rozpiętych w poprzek ścieżki.
Zmęczeni marszem jemy obiad w maleńkiej wioseczce w środku parku. Jedzenie jest wyśmienite. Część uczestników wycieczki nie dojada swoich porcji – bez zbędnego skrępowania pomagamy im dokończyć.
– Jaki człowiek do jedzenia, taki do roboty – wyjaśnia im kol. Krzysztof, miażdżąc szczękami chitynowe pancerze morskich owoców.
Po obiedzie pokonujemy jeszcze krótki odcinek do przystani. Wioska leży w naturalnej niecce, otoczonej zewsząd skalistymi górami porośniętymi dżunglą. Wyjściem z tej pułapki jest przebity w skale wiadukt, na którego końcu, niczym światło w tunelu, błyszczą turkusowe wody zatoki. Wracamy łodzią do Cát Bà, po drodze zatrzymując się na maleńkiej wysepce z piaszczystą plaża, gdzie kąpiemy się i zbieramy muszle. Kolejny bardzo udany dzień.
Na wycieczce poznajemy bardzo miłego Portugalczyka imieniem Louis i wraz z nim udajemy się na kolację. Zamawiamy „garnek z owocami morza”. Przynoszą nam kuchenkę elektryczną na której jest gar z wodą, przyprawami i ziołami. Osobno dostarczone zostają ostrygi, ośmiornica w kawałkach, krewetki i insze żyjątka morskie, których nie potrafię zidentyfikować. Gotujemy i pożeramy to wszystko, a na koniec, do powstałego w wywaru dodajemy makaron. Potem jeszcze piwko i do spania.
Ostatnie pół dnia na wyspie przeznaczamy na plażowanie. Idziemy na plażę nr 1, dostępną publicznie, która okazuje się być całkiem pusta. Oprócz nas są tylko jeszcze może ze dwie osoby. Pływamy w morzu a następnie wracamy do hotelu i zbieramy się z powrotem do Hanoi, takim samym sposobem jak przyjechaliśmy. Na dworcu Luong Yen twardo targujemy się z taksówkarzami i w końcu, po dłuższych negocjacjach, zawożą nas na stare miasto (Old Quarters) za 90 000 VND (15 PLN). ![]()
Hanoi (Hà Nội) 12–13 listopada 2009
Wszystkie tanie hotele w Hanoi
są zajęte, ale szczęśliwie udaje nam się znaleźć jakieś wolne miejsce w hotelu „Gecko2”, nieco droższym, ale za to bardzo przyjemnym. Płacimy 40 USD (115 PLN) za pokój czteroosobowy ze śniadaniem i ruszamy na wieczorny rekonesans po mieście. Psim swędem trafiamy na tzw. Bia Hoi Junction czyli skrzyżowanie ulic Ta Hien i Lương Ngoc Quyen. Krawężniki obsiada wielojęzyczny tłumek, wśród których brylują bardziej zadomowieni w Hanoi przybysze z zachodu. Wszyscy raczą się bia hoi czyli świeżym, słabiutkim piwkiem sprzedawanym na szklanki po 3000 VND (0,5 PLN) za sztukę. Siedzimy tam przez chwilkę po czym wracamy do hotelu i kładziemy się spać.
Rano raźno ruszamy na miasto z zamiarem przejścia trasy spacerowej z przewodnika Lonely Planet. Z początku nawet nieźle nam idzie, ale upierdliwi sprzedawcy owoców i stręczyciele wszelakiej tandety zmuszają nas do wycofania się do jakiejś kawiarni aby zebrać myśli. Dajemy sobie spokój z chodzeniem po pełnych zgiełku ulicach i udajemy się na targ Dong Xuan, gdzie robimy zapasy suchego prowiantu z myślą o czekającej nas wkrótce powrotnej podróży do Polski. Rozglądam się za jakimiś fajnymi skorupami, ale jak na złość nic się nie trafia.
Po południu jeszcze raz odwiedzamy Bia Hoi Junction i spacerujemy trochę po mieście, które w tych godzinach jest mniej męczące. Zgiełk nieco łagodnieje a i natrętów jakby mniej. W końcu wracamy do hotelu i czekamy na zamówioną taksówkę, która ma nas zawieźć na lotnisko. W recepcji doradzono nam aby wyjechać co najmniej dwie godziny przed odlotem, na wypadek korków. Ruchu zbyt wielkiego na szosie nie ma, ale i tak dojazd do portu lotniczego zajmuje nam bitą godzinę. Wracamy do Sajgonu samolotem Vietnam Airlines, i tu zonk: nie podano posiłku. Nieładnie. Zdegustowani rozkładamy się do spania w jakimś kącie sajgońskiego lotniska. ![]()
Powrót do Polski 14 listopada 2009
Lecimy z Sajgonu do Hongkongu pustawym B747. Nie da się ukryć, że nasze loty są nieco okrężne, najpierw z Hanoi na południe do Sajgonu, potem znowu na północ do Hongkongu, no ale kafary tak mają. Najważniejsze, że w Hongkongu nie mamy problemów z załapaniem się na lot long haul do Frankfurtu, czego się trochę obawialiśmy. Lecimy na zachód i dzięki temu jeszcze tego samego dnia jesteśmy w Niemczech a potem w Polsce.
Wietnam to pełna egzotyka – przynajmniej dla mnie – jako że nigdy wcześniej nie byłem na Dalekim Wschodzie. Wyprawa bardzo udana, jednak gdybym mógł coś zmienić, to przy tak niewielkiej ilości czasu jakim dysponowaliśmy (dwa tygodnie) nie przemierzałbym całego kraju, lecz skoncentrowałbym się tylko na jednej (północnej lub południowej) części. Jak zwykle chcieliśmy trochę za dużo zrobić, no ale kafary już tak mają... ![]()



















Komentarze (0)