Punktem wypadowym naszej wycieczki było Las Vegas. Dolecieliśmy tam zatłoczonym samolotem Southwest Airlines z Baltimore (skandal – nie podano posiłku!). Stewardessa na pożegnanie życzyła wszystkim udanego urlopu i niecałkowitego spłukania się w salonach gier hazardowych. Nie z nami te numery! Trudno byłoby znaleźć osoby mniej podatne na hazard niż uczestnicy tej wycieczki. Przenocowaliśmy w „Toscany Suites & Casino”. Pełen luksus, ogromny pokój z kuchnią, basen, itd., wszystko za jedyne 80 USD (inne ceny podaję w sekcji Info). Hotel i tak zarabia przede wszystkim na kasynie. 

Zion

Atrakcją pierwszego dnia wycieczki był Park Narodowy Zion. Aby tam dotrzeć z Vegas należało przejechać ok. 250 km, ale to pikuś biorąc pod uwagę jakość amerykańskich autostrad. Pędząc interstate 15 na północny zachód wyjechaliśmy z Nevady, ścięliśmy malutki kawałeczek Arizony i wjechaliśmy do Utah. Zwiedzanie PN Zion zaczęliśmy od mniej znanej części zwanej Kolob Canyons. Wąwóz ten zwiedza się z auta, długość trasy wynosi ok. 15 km w jedną stronę, koniec wieńczy punkt widokowy z parkingiem. Olbrzymie czerwone skały sprawiają niesamowite wrażenie, a ruch turystyczny w tej część parku jest znikomy gdyż większość zwiedzających wybiera główną, najbardziej znaną część Zionu. My oczywiście także mieliśmy w planach tam dotrzeć. Z Kolob Canyons to zaledwie 60 km.

Park Narodowy Zion: Kolob Canyons

Park Narodowy Zion: Kolob Canyons

6 września 2007
Park Narodowy Zion: Kolob Canyons
Tagi: Ameryka Północna, Park Narodowy Zion, Stany Zjednoczone, USA, Utah

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem zajechaliśmy do głównej części PN Zion. Tam napotkaliśmy tłumy turystów i rozbudowaną infrastrukturę do obsługi tychże. Wsiedliśmy w darmowy autobus i pojechaliśmy na sam koniec Zion Canyon, do przystanku Temple of Sinawava. Stamtąd podążyliśmy spacerową ścieżką w górę North Fork Virgin River. Ściany kanionu, zbudowane z czerwonawego piaskowca porośnięte są pnączami i mchami, a co jakiś czas ze skały wypływają małe wodospady i łączą się z wodami Virgin River. Po ok. kilometrze kanion stał się wąski i dalsza droga możliwa była tylko w wodzie. Zawróciliśmy. Resztę kanionu podziwiać nam dane było niestety tylko z okien autobusu, gdyż dzień już się miał ku końcowi, a jeszcze musieliśmy dojechać do jakieś miejsca z sensownym noclegiem. Okazało się jednak, że to nie koniec atrakcji. Przejazd samochodem z Zion do Mt. Carmel Junction to niemałe emocje. Trasa wspina się licznymi serpentynami stromo do góry a potem znika w ponad kilometrowej długości tunelu. Z Mt. Carmel Jct. pojechaliśmy na północ, do miejscowości Orderville (mapka: patrz Info) gdzie przenocowaliśmy w przydrożnym motelu. Chociaż większość dnia spędziliśmy na zwiedzaniu PN Zion, to i tak okazało się, iż przejechaliśmy prawie 400 km. W USA wszystko jest na większą skalę...

Zion to nie tylko, jak mogłoby się wydawać, miejsce dla niedzielnych turystów i spacerowiczów. W parku wyznaczono także cały szereg długodystansowych tras stanowiących wyzwanie dla prawdziwych twardzieli. Dystanse są znaczne, a słońce na tych szerokościach geograficznych przypieka mocno. Nie sprawdzałem, ale nie sądzę, aby te szlaki były specjalnie zatłoczone. Tłumy koncentrują się przy łatwo dostępnych z samochodu bądź autobusu atrakcjach. 

Kanion Bryce’a

Utah: Red Canyons

Utah: Red Canyons

7 września 2007
Utah: Red Canyons
Tagi: Ameryka Północna, Stany Zjednoczone, USA, Utah

Opuściliśmy Orderville i skierowaliśmy się na północ 89-tką, a potem 12-ką na wschód. Jeszcze przed dotarciem do Kanionu Bryce’a zatrzymaliśmy się na chwilkę w bardzo malowniczych Red Canyons, skałkach tak czerwonych jak logo Coca-Coli. Za Red Canyons wjechaliśmy w obszar PN Kanionu Bryce’a. Nazwa tego miejsca pochodzi od nazwiska jego odkrywcy, szkockiego osadnika Ebenezera Bryce’a, który jako pierwszy dotarł do nieprawdopodobnego skalnego labiryntu.

– Prz***bane miejsce żeby zgubić krowę – podsumował podobno Ebenezer, po czym udał się w swoją stronę.

Bryce Canyon: Widok z Rim Trail

Bryce Canyon: Widok z Rim Trail

7 września 2007
Bryce Canyon: Widok z Rim Trail
Tagi: Ameryka Północna, Park Narodowy Bryce Canyon, Stany Zjednoczone, USA, Utah

Kanion Bryce’a zwiedza się w sposób odwrotny niż Zion. O ile ten drugi kanion poznaje się od wnętrza, to Bryce Canyon objeżdża się po brzegu samochodem, podziwiając widoki w dół. Również tutaj są wytyczone piesze szlaki długodystansowe z możliwością rozbicia namiotu, przeznaczone dla wytrawnych piechurów. Jednakże większość turystów zalicza kolejne punkty widokowe za pomocą samochodu. My zaczęliśmy od Sunset Point, potem przespacerowaliśmy się kawałeczek do Sunrise Point skąd zeszliśmy trasą Queens Garden Trail trochę w dół kanionu, aby w końcu po zatoczeniu trzykilometrowej pętli wrócić do Sunset Point. Formy skalne na trasie zrobiły na nas ogromne wrażenie. Wydaje się nieprawdopodobne jak przyroda zdołała wyrzeźbić takie dziwaczne skały, zwane hoodoos. Niektóre z nich przypominają głowy osadzone na cienkiej szyi, sprawiające wrażenie jakby w każdej chwili mogły się zawalić. Dalszą część zwiedzania zajęło nam objechanie kolejnych pkt. widokowych: Inspiration Point, Bryce Point, Farview Point i Swamp Point. Na szczególną uwagę zasługuje widok z Bryce Point na tzw. amfiteatr, często umieszczany na plakatach. Co nie oznacza, że pozostałe punkty nie są godne odwiedzenia – wprost przeciwnie!

Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Jacobs Lake, miejscowości położonej już w Arizonie i leżącej na drodze do North Rim na północny brzegu Wielkiego Kanionu Kolorado. Licznik tego dnia wykazał nieco ponad 300 km, słowem spadek w stosunku do dnia poprzedniego... 

Wielki Kanion – North Rim

Wielki Kanion Kolorado: Na szlaku do Bright Angel Point (North Rim)

Wielki Kanion Kolorado: Na szlaku do Bright Angel Point (North Rim)

8 września 2007
Wielki Kanion Kolorado: Na szlaku do Bright Angel Point (North Rim)
Tagi: Ameryka Północna, Arizona, Stany Zjednoczone, USA, Wielki Kanion Kolorado

Z turystów odwiedzających Wielki Kanion Kolorado znacznie więcej wybiera South Rim niż North Rim, zapewne ze względu na dostępność i bardziej rozbudowaną infrastrukturę. My jednakże postanowiliśmy odwiedzić oba miejsca. Jacob Lake łączy z North Rim 45 mil drogi wiodącej przez piękne łąki i lasy sosnowo-świerkowo-brzozowe. Często widać tu ślady po pożarach, jednak – jak się później dowiedzieliśmy – nie są one czymś specjalnie szkodliwym. Występują w tej okolicy od zawsze i ekosystem jest do nich przystosowany. Leśnicy nie zwalczają ognia, lecz tylko pilnują, aby się zbytnio nie rozprzestrzenił. Na porządku dziennym są znaki przy drodze informujące kierowców aby nie zgłaszali pożaru, gdyż jest on pod kontrolą.

Wielki Kanion powstał na przestrzeni ostatnich 5–6-ciu milionów lat na skutek erozyjnego działania rzeki Kolorado. Do tej pory nie do końca wiadomo jak to się stało, że rzeka przebiła się przez środek wypiętrzonego płaskowyżu Kaibab, zamiast po prostu go opłynąć. W każdym razie efektem tego starcia żywiołów jest zdecydowanie największa dziura w ziemi jaką kiedykolwiek przyszło mi oglądać.

Wielki Kanion Kolorado: Widoki z Cape Royal Trail (North Rim)

Wielki Kanion Kolorado: Widoki z Cape Royal Trail (North Rim)

8 września 2007
Wielki Kanion Kolorado: Widoki z Cape Royal Trail (North Rim)
Tagi: Ameryka Północna, Arizona, Stany Zjednoczone, USA, Wielki Kanion Kolorado

Po dotarciu do North Rim Visitor Center ruszyliśmy na spotkanie Kanionu, tego dnia trochę zamglonego, ale w niczym to nie umniejszało jego majestatycznego ogromu: miałem wrażenie, że stoję nad otchłanią. W North Rim nie było zbyt wielu turystów jak na takie miejsce. Oprócz wspomnianego Visitor Center jest tam jeszcze kemping, stacja benzynowa, restauracja, bar szybkiej obsługi i Grand Canyon Lodge, imponujące schronisko na samym brzegu Kanionu. Polecam krótki (0,6 km w dwie strony) spacer do Angels Point ze względu na piękne widoki na Kanion.

Podobnie jak w Kanionie Bryce’a, kolejne punkty wycieczki zaliczaliśmy samochodem. Były to Point Imperial (najwyższe wzniesienie po północnej stronie: 2683 m n.p.m.), Roosevelt Point oraz znajdujące się na samym końcu Valhalla Plateau punkty Cape Royal i Angels Window. Nazwa tego ostatniego pochodzi od charakterystycznych skalnych „okien”. Zwiedzanie North Rim zakończyliśmy obiadem w barze po czym rozpoczęliśmy przejazd na południowy brzeg Kanionu. Wymaga to pokonania ponad 300 km, jako że najbliższy most na Kolorado – słynny Navajo Bridge – jest dopiero w miejscowości Marble Canyon ponad sto kilometrów w górę rzeki. Najpierw wróciliśmy do Jacob Lake aby następnie stamtąd dojechać do Marble Canyon. Po drodze mnóstwo piękne widoków.

Arizona: Stary (po lewej) i nowy (po prawej) Most Nawahów (Navajo Bridge)

Arizona: Stary (po lewej) i nowy (po prawej) Most Nawahów (Navajo Bridge)

9 września 2007
Arizona: Stary (po lewej) i nowy (po prawej) Most Nawahów (Navajo Bridge)
Tagi: Ameryka Północna, Arizona, Stany Zjednoczone, USA

Mosty w Marble Canyon są dwa: oryginalny historyczny Navajo Bridge, obecnie nie używany, wybudowany w 1929 roku, oraz nowoczesny most datowany na rok 1995. Oryginalny most znacznie ułatwił poruszanie się pomiędzy Arizoną i Utah, przed jego zbudowaniem jedyną metodą przekroczenia Kolorado w tej okolicy było skorzystanie z mocno zawodnego promu w Lees Ferry.

Wieczorem dojechaliśmy do Cameron, szukając noclegu, ale nie było wolnych miejsc. W końcu spaliśmy w miejscowości Gray Mountain, która oprócz naszego motelu składała się jeszcze ze stacji benzynowej i sklepu z badziewną quasi-indiańską cepeliadą. 

Wielki Kanion – South Rim

Wielki Kanion Kolorado: Rzeka Kolorado (South Rim)

Wielki Kanion Kolorado: Rzeka Kolorado (South Rim)

9 września 2007
Wielki Kanion Kolorado: Rzeka Kolorado (South Rim)
Tagi: Ameryka Północna, Arizona, Stany Zjednoczone, USA, Wielki Kanion Kolorado

Po drodze do South Rim, czyli południowego brzegu Wielkiego Kanionu, zatrzymaliśmy się na chwilkę w Little Colorado River Tribal Park. Można tam pospacerować po skraju Kanionu Małego Kolorado oraz kupić mniej lub bardziej oryginalną indiańską pamiątkę na olbrzymim straganie. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej do South Rim, właściwego celu tego dnia.

Zwiedzanie południowej części Wielkiego Kanionu zaczęliśmy od wieży widokowej Desert View i sukcesywnie posuwaliśmy się na zachód przez kolejne punkty widokowe. Kanion robi jeszcze większe wrażenie niż z północnej strony, wydaje się być bardziej przepaścisty i ogromny. Tłumy turystów z całego świata oblegają view points. Na południowej stronie Kanionu znajduje coś w rodzaju małego miasteczka nastawionego na obsługę zwiedzających. Trasa wzdłuż Kanionu zajęła nam pół dnia, na koniec jeszcze podziwialiśmy kondory z tarasu Kolob Studio po czym rozpoczęliśmy powrót do Vegas. Pędziliśmy drogą nr 64 w stronę Williams, gdy zatrzymała nas policja za przekroczenie prędkości... Na szczęście policjant był w dobrym humorze i udzielił nam jedynie ostrzeżenia, bez wpisu do akt.

Tama Hoovera i Las Vegas

Tama Hoovera (Hoover Dam)

Tama Hoovera (Hoover Dam)

10 września 2007
Tama Hoovera (Hoover Dam)
Tagi: Ameryka Północna, Arizona, Nevada, Stany Zjednoczone, Tama Hoovera, USA

Po nocy spędzonej w Kingman w motelu sieci Econo Lodge pojechaliśmy dalej do Vegas. Po drodze czekała nas ostatnia atrakcja tej wycieczki – Tama Hoovera. Ta potężna konstrukcja pochodząca z lat 30-tych ubiegłego stulecia zapewnia wodę i częściowo elektryczność dla południowej Kalifornii, Arizony i Nevady, zaś powstałe na wskutek spiętrzenia wody przez tamę jezioro Mead jest jednym z najpopularniejszych miejsc wypoczynku w okolicy. Niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu na czołowy amerykański zabytek techniki, gdyż jeszcze tego samego dnia czekał nas lot powrotny z Las Vegas. Dlatego nie zwiedzaliśmy wnętrza tamy, lecz tylko ograniczyliśmy się do oględzin zewnętrznych.

W Vegas mieliśmy jeszcze pół godziny, wiec przetoczyliśmy się przez główną aleję miasta (The Strip). Nie ma jak trochę kiczu: można tu znaleźć miniaturkę Paryża, Nowego Jorku i jeszcze kilku innych miast, zaś wiecznie żywy Elvis wyziera z każdego zakątka. Zdążyłem jeszcze wysłać przyjaciołom zamówioną kartkę z Królem Rock’n’rolla po czym opuściliśmy stolicę hazardu i tym samym zakończyliśmy naszą krótką (aczkolwiek pełną wrażeń) podróż po południowym zachodzie USA.