Dojazd do Stambułu

Pierwszy etap podróży – odcinek Kraków–Przemyśl – pokonaliśmy bez problemów pociągiem pośpiesznym. Kolejny etap – Przemyśl–Lwów – nie poszedł już tak gładko. Autobus PKS z Przemyśla miał jechać trzy godziny, jechał pięć i pół, załadowany po brzegi mieszanką handlarzy z niewielkim dodatkiem turystów. Na dodatek na granicy Polsko–Ukraińskiej Paweł spóźnił się o ułamek sekundy przy podawaniu paszportu ukraińskiemu pogranicznikowi, a może jego wygląd nie był dostatecznie lichy i durnowaty, w każdym razie urzędnik wzbudził się niepomiernie.

– Ty wracasz do Polszy – wyprosił zdumionego Pawła z autobusu. Na nasze szczęście potem dał się jednak przekonać, żeby wpuścić nas na Ukrainę w komplecie.

[mapa wymaga włączonej obsługi Java Script]

We Lwowie uprzejma pani z KyiAvia zaczekała na nas 2 godz. po zamknięciu biura, żeby sprzedać nam bilety lotnicze z Tbilisi do Kijowa (jako zabezpieczenie powrotu). Po udanej transakcji obaliliśmy piwko w budce na ulicy T. Szewczenki, a następnie udaliśmy się na wakzał aby nabyć bilety. Tu niespodzianka – do Bukaresztu (i dalej do Burgas w Bułgarii) jedzie tylko wagon kupiennyj – wagony płackartne jadą jedynie do Czerniowców. To oczywiście podnosi cenę: 250 UAH za osobę. Jak szaleć, to szaleć. Wagon był raczej pustawy. Było nas w sumie sześć osób, więc przypadło nam w udziale dwa i pół przedziału. Najpierw miały być to przedziały nr 4 i 2, potem 4 i 6 (prowodnik i jego pomocnik cały czas coś kombinowali – przenosili ludzi z jednego przedziału do drugiego, zapewne po to, aby potem upchnąć kogoś na lewo na zwolnionym miejscu). W końcu zajęliśmy przedziały 4 i 5 razem z dwoma anglojęzycznymi osobnikami.

Kolesie anglojęzyczni to byli: Irlandczyk z Belfastu, który jechał do Mołdawii w celach turystycznych, oraz Amerykanin z Dayton w stanie Ohio, który wracał do Istambułu, gdzie pracował jako nauczyciel angielskiego. Wypiliśmy trochę wódki, zbrataliśmy się z Irlandczykiem oraz Amerykaninem, po czym udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Irlandczyk chyba palił jakieś zioła, bo okropnie bredził, a przecież wiadomo, że Irlandczycy nie upijają się tak po prostu. Ale o 4-tej nad ranem zrobił desant w Czerniowcach i przyniósł wszystkim schłodzone piwo Obołoń. W sumie równi goście ci Irlandczycy.

W nocy nieznani sprawcy zepchnęli Pressa z łóżka. Tak przynajmniej twierdzi sam poszkodowany. Oficjalna wersja to: spadł sam. Huk był taki jakby zderzyły się pociągi. Potem Press zapodał koncert chrapania, tak że Belfast wraz z Amerykaninem wynieśli się z jego coupé i poszli spać gdzie indziej.

Rankiem dobrnęliśmy do przejścia granicznego Вадул–Siret. Przyszedł ukraiński pogranicznik, oglądnął paszporty i zapytał dlaczego opuszczamy Ukrainę pociągiem, skoro wjechaliśmy autobusem – przecież mamy wizy tranzytowe. Odpowiedzieliśmy, że to chyba nie ma żadnego znaczenia. Cały problem wyniknął z tego, że niepotrzebnie użyłem słowa „tranzyt” gdy wjeżdżaliśmy na Ukrainę, a słowo to implikuje poruszanie się po Ukrainie cały czas tym samym pojazdem, którym się wjeżdża, co jest potwierdzone odpowiednią pieczątką w paszporcie.

Potem Press wypadł z pociągu. Nie zauważył, że nie ma schodków. Naprawdę zaimponował tym wyczynem obsłudze pociągu, która już po pierwszym upadku traktowała go z szacunkiem, ale po tym, jak przywalił organizmem w betonowy peron z wysokości 1,2 m prowodnik zaczął go naprawdę lubić.

– Prijatielu – mówił – ty kaskadier.

Potwierdza to znaną tezę, że Słowianie potrafią docenić ludzi z fantazją.

Trzeba też wspomnieć, dlaczego Press w ogóle próbował wyjść z wagonu. Otóż działo się to w momencie zmieniania wózków na których jedzie pociąg. Jest to konieczne, gdyż w krajach byłego Związku Radzieckiego – jak wiadomo – tory są szersze niż w reszcie świata. Press zafascynował się maszynerią konieczną do tego celu: torowymi żurawiami, podnośnikami do wagonów, stosami kół piętrzącymi się na bocznicach i resztą parku maszynowego. Dla podróżnego cała ta procedura objawia się tym, że pociąg przez dwie godziny jeździ w tę i z powrotem po bocznicy kolejowej, każdy przejazd zakończony potężnym wstrząsem gdy jeden wagon uderza w drugi.

Teraz trochę zapisów z dziennika wyprawy, prowadzonego kolektywnie:

Miły pan prowodnik złożył nam propozycje nie do odrzucenia – za 10 USD od osoby tym samym pociągiem dojedziemy nie do Bukaresztu, ale dalej – do Burgas. Stamtąd do Stambułu bliżej, ale pytanie, jaka będzie opcja komunikacji.

Po krótkim namyśle podjęliśmy decyzję, że skorzystamy z oferty prowodnika i pojedziemy pociagiem do Burgas. Dojazd do Bułgarii nie trwał długo, ale na granicy trochę postaliśmy. Rumuńscy i bułgarscy pogranicznicy nie mieli do nas żadnych zastrzeżeń. Press już zdobył był popularność i szacunek w całym składzie, ale nawet to nie zdołało przekonać obsługi wagonu restauracyjnego do sprzedania nam czegokolwiek do jedzenie lub picia.

– Zakryte! – warknął pracownik restauracji po czym powrócił do partyjki domina rozgrywanej z resztą personelu.

Pociąg relacji Lwów–Burgas

Pociąg relacji Lwów–Burgas

28 sierpnia 2006
Pociąg relacji Lwów–Burgas
Tagi: Bulgaria, Burgas, Europa Środkowa, Morze Czarne

Następnego dnia kole 10-tej nasz pociąg wtoczył się Burgas. Press wymienił się kontaktami z prowodnikiem Władimirem. Panowie zdążyli się nawet trochę zaprzyjaźnić w trakcie naszego dojazdu do Bułgarii. Władimirowi zaimponowały wyczyny kaskaderskie Pressa. W Burgas wzięliśmy kwaterę za 8 lew od łebka na jedną noc. W sumie to nie było to konieczne, spokojnie można było jechać dalej do Turcji. W Burgas nic szczególnego nie zobaczyliśmy, poza tym, że dałem się oszukać wymieniając pieniądze u podejrzanego osobnika. Nie dlatego, żeby w Burgas było to konieczne, jako że w mieście jest pełno banków gdzie można bezpiecznie wykonać taką operację. Im człowiek starszy, tym głupszy...

Po południu nastąpiło oberwanie chmury, więc resztę dnia spędziliśmy w barze. Plan wypadu na plażę nie został więc zrealizowany. Wcześniej pokręciliśmy się jeszcze po trochę po mieście.

Stambuł

Stambuł: Hagia Sophia – Kościół Mądrości Bożej

Stambuł: Hagia Sophia – Kościół Mądrości Bożej

30 sierpnia 2006
Stambuł: Hagia Sophia – Kościół Mądrości Bożej
Tagi: Stambuł, Turcja

Rankiem następnego dnia pożegnaliśmy Bułgarię szybkim wypadem nad morze. Tym razem pogoda się udała i zaliczyliśmy przyjemne kąpanko. Pani z kwatery dawała nam wyraźnie do zrozumienia, że powinniśmy już sobie pójść. Zabraliśmy więc bagaże i poszliśmy na dworzec autobusowy, gdzie kupiliśmy bilety na autobus do Stambułu na 11.30.

– Jakieś pięć godzin jazdy – zapewniła nas pani w okienku.

Rzeczywiście, do obrzeży miasta dotarliśmy gdzieś w okolicach 17-tej, ale potężny korek sprawił, że na dworzec autobusowy wjechaliśmy dopiero o 20-tej, głodni i okropnie zmęczeni. Wcześniej, na granicy bułgarsko–tureckiej staliśmy krótko. Tureccy pogranicznicy byli bardzo sympatyczni, jeden z nich życzył nam udanej podróży w języku polskim. Za wizę zapłaciliśmy 15 USD od łebka, a – co ciekawe – jadący tym samym autobusem Węgrzy zapłacili po 20 EUR. Nie ma to jak być Polakiem.

Ogólnie rzecz biorąc, to nasz sposób dojazdu do Stambułu zdecydowanie nie był wariantem najtańszym, głównie przez to, że w pociągu relacji Lwów–Burgas nie ma wagonów płackartnych i dlatego bilet jest drogi. Całkowity koszt dojazdu z Krakowa do Stambułu wyniósł 330 zł. Chyba taniej byłoby pojechać płackartnym ze Lwowa do Czerniowców, stamtąd prywatnym autem do Suczawy, gdzie z kolei można wsiąść w autobus do Stambułu.

Dworzec autobusowy w Stambule jest ogromny. Odjeżdżają stamtąd setki autobusów, a biura firm oferujących przewozy ciągną się w nieskończoność. Są oczywiście watahy naganiaczy, którzy otaczają turystę i chcą go wieźć, nie ważne gdzie, byle z nimi. Z dworca do centrum najlepiej dojechać metrem do stacji Aksaray i dalej tramwajem. My pojechaliśmy do dzielnicy Sirkeci, gdzie jest dużo tanich hotelów. Po długich negocjacjach wybraliśmy hotel Hürriyet za 7 USD/os./dobę. Spaliśmy razem wszyscy w pokoju czteroosobowym. Wieczorem trochę pokręciliśmy się po mieście. Ceny europejskie.

Następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie Stambułu od wizyty w Pałacu Sułtanów, potem zaliczyliśmy Błękitny Meczet oraz Kościół Mądrości Bożej (wstęp 10 lir). Zajęło to nam prawie cały dzień, a wieczorem oglądaliśmy pokazy sztucznych ogni nad cieśniną Złoty Róg w ramach obchodów Dnia Zwycięstwa.

Kolejny dzień w Stambule zaczęliśmy od bazarowania. W planie mieliśmy odwiedzenie Bazaru Egipskiego i Wielkiego Bazaru, ale w końcu skończyło się tylko na Egipskim – więcej już nam się nie chciało. Dziewczyny kupiły sobie cała siatkę chustek, wzięliśmy też trochę herbaty i insze produkty.

Stambuł: Nowy Meczet (Yeni Cami)

Stambuł: Nowy Meczet (Yeni Cami)

31 sierpnia 2006
Stambuł: Nowy Meczet (Yeni Cami)
Tagi: Stambuł, Turcja

Potem popłynęliśmy komunikacją miejską do dzielnicy Haydarpaşa po azjatyckiej stronie Bosforu. Jest tam dworzec o tej samej nazwie, który obsługuje połączenia kolejowe w głąb Turcji. Wrzuciliśmy na ruszt pyszną rybkę i poszliśmy na pociąg do Kayseri – stolicy Kapadocji. Dobrze, że przyszliśmy wcześniej na dworzec (odjazd był o 20:05, my byliśmy tam prawię godzinę wcześniej), bo dzięki temu udało nam się zająć cały 6-cio osobowy przedział. Miejscówek w drugiej klasie nie ma. Pociąg był dość załadowany, dwóch dziwnych typów w pewnym momencie szturmowało nasz przedział, ale Press zachował czujność i dał im odpór.

– Do you speak English? Гавариш па русски? Nie? To spie****aj!

Kapadocja

Kapadocja: Witamy w Göreme!

Kapadocja: Witamy w Göreme!

2 września 2006
Kapadocja: Witamy w Göreme!
Tagi: Azja, Göreme, Kapadocja, Turcja

Pobudka w pociągu następnego dnia nie należała do najprzyjemniejszych. Jedynym, który się w miarę wyspał byłem ja, jako że spałem na półce na bagaże nad wejściem do przedziału. Pozostała piątka spędziła noc niezbyt wygodnie, mimo rozkładanych siedzeń. W pociągu poznaliśmy bardzo sympatycznego p. Mustafę, który zawiózł nas swoim autem (Toyota pick-up) do Göreme, po drodze jeszcze zatrzymując się w podziemnym mieście Özkonak. Nocleg znaleźliśmy w pensjonacie Maron Cave Pension za 17 lir od łebka. Trochę drogo, ale nikomu nie chciało się już nic innego szukać. Standard całkiem niezły: łazienka w pokoju, etc.

Następny dzień zaczęliśmy od śniadania w pensjonacie, które było wliczone w koszt noclegu. Oczywiście kuzyn naszego gospodarza koniecznie chciał nas obwozić po okolicy busem (za opłatą ma się rozumieć) zarzekając się, że na pewno będzie padać. Jego prognozy nie sprawdziły się, pogoda była super i udało się nam zrobić piękną wycieczkę. Spróbowaliśmy pokonać trasę opisaną w przewodniku Bezdroży, ale zgubiliśmy się przy podejściu na górę Bozdăg i w końcu zeszliśmy do doliny Zelve. Wstęp do doliny jest płatny, a u jej wylotu kłębią się tłumy turystów. Widoki w trakcie całej wycieczki były fantastyczne, naprawdę warto zmierzyć się z upałem i palącym słońcem i wyjść na pieszą wycieczkę we wzgórza Kapadocji.

Kapadocja: Okolice Göreme

Kapadocja: Okolice Göreme

2 września 2006
Kapadocja: Okolice Göreme
Tagi: Azja, Göreme, Kapadocja, Turcja

Ogólnie rzecz ujmując, to w Kapadocji zaczyna panować komercja. Wszędzie chcą z człowieka zedrzeć kasiorę. Natomiast przyroda (formy skalne) trzeba przyznać robią ogromne wrażenie. To przyciąga turystów, no i cały interes się kręci. Komercjalizacja jest na etapie plastra i śliny, to znaczy wszędzie jest już pełno pensjonatów i straganów z badziewną cepeliadą. Z drugiej strony wciąż można się bez ograniczeń szwendać po skalnych miastach, które w większości są niezabezpieczone. Właściciele pól położonych wśród skał ścigają wałęsających się turystów, wygrażając im i złorzecząc po turecku – turyści podjadają im pomidory i winogrona.

Dziennik wyprawy:

Wieczorem wyjazd z Göreme do Kayseri. Pociąg, który miał nas zawieźć do Erzurum spóźnił się prawie trzy godziny, więc koczowaliśmy zziębnięci na peronie. Na szczęście wreszcie przyjechał i udało nam się znaleźć cały przedział wolny (najbardziej baliśmy się, że będziemy sterczeć na korytarzu wciśnięci pomiędzy ludność tubylczą). Noc przespana w prawie komfortowych warunkach, wyciągnięci na siedzeniach, kulturka, swojski zapaszek skarpet...

Z Kapadocji do Gruzji

Rankiem następnego dnia ludność tubylcza zaatakowała nasz przedział, ale w celach jak najbardziej pokojowych. Nieważne, że nic nie rozumieliśmy. Mówili niczym nie zrażeni.

Pociąg ciągle miał jakieś przestoje i nasze opóźnienie rosło. Chyba ze 3 godziny staliśmy na stacji Cetinkaya. Został ogłoszony zakład ile waży worek z muszelkami zebranymi nad brzegiem Morza Czarnego w Burgas. Oto sporządzony komisyjnie protokół:

Miejsce: TURCJA, CETINKAYA
Data: 03.09.2006
Temat: MUSZELKI Z BURGAS
Zakres: Zakład towarzyski – ILE WAŻĄ MUSZELKI?
Nagroda: Zwolnienie ze składki na imprezę rozchodnią po zakończeniu wycieczki
Członkowie: WYPRAWA
Zakład: Pepson – 450 gr, Press – 650 gr, Paweł – 530 gr, Martynka – 560 gr, Muszka – 600 gr, Ewcia – 550 gr
Liczba muszelek: 56 sztuk
Komisja w składzie: Paweł – przewodniczący [tu podpis]
Ewcia – z-ca przewodniczącego [tu podpis]

Zakład chyba nie został nigdy rozstrzygnięty...

Widoki z pociągu do Erzurum

Widoki z pociągu do Erzurum

3 września 2006
Widoki z pociągu do Erzurum
Tagi: Turcja

W końcu ruszyliśmy w dalszą podróż. Fantastyczne widoki z pociągu zaczęły się jakieś półtorej godziny jazdy przed miejscowością Güllübağ. Piękne góry i przełom rzeki. Oglądnęliśmy zachód słońca, aby w końcu dotrzeć o godzinie 1:30 dnia następnego do Erzurum. Sumaryczne opóźnienie pociągu wyniosło 8,5 godziny. Silna grupa w składzie Press & ja poszła na rekonesans, ale w sumie niewiele się dowiedzieliśmy, ponieważ dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają autobusy do miejscowości Hopa nad Morzem Czarnym był oczywiście zamknięty na głucho o tej porze. Okolica trochę ponura, ale na plus tego miejsca trzeba zaliczyć niskie ceny, gdyż Erzurum nie jest miastem turystycznym.

Nie pozostało nam nic innego jak położyć się spać na dworcu. Mogliśmy się czuć bezpiecznie, bo na dworcu stacjonowało chyba z pół dywizji wojska, pewnie jechali na jakieś ćwiczenia. Domyślaliśmy się mgliście, że to ta mała mobilizacja stoi za opóźnieniem ruchu pociągów. Od czasu do czasu któryś z wojskowych zaglądał do poczekalni, w której spaliśmy. Bardzo ich bawił widok turystów śpiących na karimatach na podłodze.

Rankiem czwartego września zabraliśmy się dworzec autobusowy i kupiliśmy bilety do Hopy w cenie 25 lir za sztukę. Chyba nawet dostaliśmy jakąś zniżkę, gdyż było nas aż sześć osób. Kawałek drogi z Erzurum do Hopy to niby nic w porównaniu z poprzednimi odległościami, ale w praktyce okazało się, iż pokonanie go wymaga spędzenia siedmiu godzin w autobusie. Droga wiedzie przez potężne Góry Pontyjskie do Artvinu i dalej nad Morze Czarne. Widoki fenomenalne – szosa pnie się zakrętami po zboczach stromych masywów. Po przejechaniu przełęczy Cankurtaran czekała nas niemiła niespodzianka. Po stronie czarnomorskiej było pochmurno i padał deszcz. Tak więc nasz plan, żeby tej nocy spać „na dzikensa” na plaży spalił na panewce.

Sarpi (სარფი)

Pojechaliśmy taksówką do przejścia granicznego w Sarpi. Po przekroczeniu granicy znaleźliśmy pierwszy nocleg w Gruzji za 25 USD za sześć osób. Nasz gospodarz Kostia, Rosjanin, trafił do Gruzji bo jego ojciec był oficerem w marynarce radzieckiej i tutaj był stacjonował. Wieczorem trochę poimprezowaliśmy – Kostia poczęstował nas swoim domowym winem. Przy okazji wyjaśniła się przyczyna opóźnienia pociągów i obecności armii na dworcach w Turcji. Kurdowie coś narozrabiali i Turcy wysłali parę pociągów z wojskiem na wschód, akurat wtedy kiedy i my tam jechaliśmy.

Sarpi: Plaża

Sarpi: Plaża

5 września 2006
Sarpi: Plaża
Tagi: Azja, Gruzja, Kaukaz, Morze Czarne, Sarpi

Ranek następnego dnia był pochmurny ale wczesnym popołudniem powiał lekki wietrzyk, chmury się rozstąpiły i cała miejscowość wyległa na plażę, a my razem z nimi. Kostia pożegnał nas po gruzińsku: po dwie banie samogonu zwanego cza-cza na głowę, kolejna butelka tego zacnego trunku do plecaka i dalej w drogę. Dzień spędziliśmy na plaży w Sarpi na zmianę pluskając się w Morzu Czarnym albo wylegując się na słońcu. Do Batumi ruszyliśmy dopiero po zachodzie słońca. Podjechaliśmy tam busem i rozpoczęliśmy poszukiwania Gajowego, siódmego uczestnika wycieczki, który miał do nas dołączyć właśnie tam. Wyluzowanego Gajowego, z malutką siateczką jako bagażem zlokalizowaliśmy po półgodzinnych poszukiwaniach przy dworcu autobusowym. Bagaż zasadniczy zaginął mu przy przesiadce w Moskwie. Przywitaliśmy go po gruzińsku – czaczą – tak jak wcześniej zostaliśmy pożegnani przez Kostię.

Batumi (ბათუმი)

Batumi: Straszy szkielet niedokończonego bloku

Batumi: Straszy szkielet niedokończonego bloku

6 września 2006
Batumi: Straszy szkielet niedokończonego bloku
Tagi: Azja, Batumi, Gruzja, Kaukaz

Nocowaliśmy w hotelu Lavros, za 45 GEL (lari) za siedem osób. W pokoju były trzy łóżka, ale zależało nam na jak najniższej cenie, więc część wycieczki spała na podłodze. Plan na następny dzień obejmował leżenie na plaży, ale nic z niego nie wyszło, gdyż pogoda zaczęła się psuć. Dokładnie w momencie gdy dotarliśmy ze wszystkimi gratami na plażę zerwał się bardzo ulewny deszcz. W efekcie większość dnia spędziliśmy w niedokończonym (w trakcie budowy) budynku cafe baru, socjalizując się z robotnikami. Tam poznaliśmy Garika i Artura, dwóch sympatycznych Gruzinów. Garik i Artur odprowadzili nas do dworca kolejowego i załatwili nam bilety na pociąg, które, jak się okazało, nie tak łatwo jest dostać. Press uważał, że Garik i Artur to agenci, którzy zostali oddelegowani, żeby nas pilnować. Nie bardzo wiedział czemu tak miałoby być, ale upierał się przy swoim.

Nocny pociąg relacji Batumi–Tbilisi odjeżdża gdzieś w okolicy północy, kosztuje 15 GEL i przyjeżdża do Tbilisi o ósmej rano. Gajowy dał popis chrapania w pociągu, wtórował mu Press i przez moment wydawało się, że reszta pasażerów nas zlinczuje, ale jednak kaukaska gościnność przeważyła i dojechaliśmy do Tbilisi z kompletnym uzębieniem.

Tbilisi (თბილისი)

Tbilisi: Gruzińska flaga

Tbilisi: Gruzińska flaga

© Le Pompier Sec
7 września 2006
Tbilisi: Gruzińska flaga
Tagi: Azja, Gruzja, Kaukaz, Tbilisi

Rano lądowanie w Tbilisi. Pojechaliśmy na ulicę Ninoshvili 19B (metro Marjanishvili) do hostelu prowadzonego przez panią Irinę. Za 10 GEL od osoby mieliśmy do dyspozycji całą górę mieszkania z pięcioma łóżkami, balkonem, łazienką i kuchnią. Pani Irina ma bardzo duże mieszkanie, przewija sie tam dużo turystów z Polski, Niemiec, Holandii i innych krajów Europy. Ponoć takich hosteli jest całkiem sporo, ale trzeba znać adres, żeby je znaleźć.

Po zalogowaniu się w hotelu poszliśmy na miasto – zrobiliśmy trasę opisaną w Lonely Planet, z tym, że zmęczenie podróżą sprawiło, iż nawet Paweł nie miał ochoty wspinać się na twierdzę górującą nad miastem (zazwyczaj nie można go powstrzymać od włażenia do twierdz, bunkrów, okopów, transzei i inszych fortyfikacji). W drodze powrotnej do hostelu zwiedziliśmy Muzeum Narodowe, wszyscy oprócz Pressa, który postanowił zdrzemnąć się przed wejściem. Nie był to dobry pomysł – przechodzący policjanci go przydybali i musiał się tłumaczyć.

Mscheta (მცხეთა)

Nad Mschetą góruje kościół Jvari (VI wiek)

Nad Mschetą góruje kościół Jvari (VI wiek)

8 września 2006
Nad Mschetą góruje kościół Jvari (VI wiek)
Tagi: Azja, Gruzja, Kaukaz, Mscheta

Tego dnia postanowiliśmy wybrać sie do położonej niedaleko do Tbilisi Mschety. Oglądnęliśmy tam kościół Samtavro z XII-go wieku i „zdobyliśmy” twierdzę Bebris Tsikhe. Tam natknęliśmy się na archeologów i robotników, którzy przygotowywali teren pod przybycie ekipy rosyjskich archeologów. Byli już po pracy, więc nie obeszło się bez kilku toastów, które wznosiliśmy piwem pitym z pucharów zrobionych z obciętych butelek PET. Dziewczynom bardzo spodobał się szef archeologów.

– Niezłe ciacho – stwierdziły jednogłośnie.

– Eee, to nieporozumienie – ripostował Gajowy, który miał inne zdanie w tej kwestii.

Zdążyliśmy jeszcze zwiedzić katedrę Sveti-Tshoveli (wnętrze w trakcie kapitalnego remontu) zanim zapadł zmrok. Na główną atrakcję prastarej gruzińskiej stolicy – górujący nad okolicą kościół Jvari z VI-go wieku – nie starczyło już czasu. Trochę bez sensu, ale tak to jest jak się późno wstaje z wyra.

Podróż powrotną do Tbilisi odbyliśmy taksówką (fiat combi – ja z Gajowym w bagażniku) za 15 GEL, bo marszrutki już nie jeździły z powodu późnej pory.

Kazbegi (ყაზბეგი)

Kazbek (5047 m n.p.m.)

Kazbek (5047 m n.p.m.)

10 września 2006
Kazbek (5047 m n.p.m.)
Tagi: Azja, Gruzja, Kaukaz, Kazbegi, Stepantsminda

Znowu zaspaliśmy! Ponoć gruzińskie wina są rewelacyjne, ale jak do tej pory wszystkie, na które trafiliśmy w sklepach smakowały jakby były zrobione z buraków. Inna sprawa, że przy wyborze winka konsekwentnie stosowaliśmy kryterium ceny :)

Jakoś w końcu udało nam się dotoczyć na dworzec Didube i załadować do marszrutki do Kazbegi w górach Kaukaz (bilet 10 GEL). Busiarz miał odjechać o 17-tej, ale w sumie ruszył chyba z godzinnym opóźnieniem, gdyż cały czas czaił się na ostatniego klienta, żeby mieć komplet w wozie. Droga do Kazbegi była bardzo emocjonująca. Wkrótce po minięciu Mschety skończyła się dobra nawierzchnia, lecz mimo to kierowca nierzadko pędził 80 km/h po rozsypującej się szosie, nad kilkusetmetrowymi przepaściami. Dookoła wraki chybionych inwestycji turystycznych z czasów Związku Radzieckiego: potężne, betonowe tarasy na kompletnym pustkowiu, zrujnowane budynki pensjonatów, które najprawdopodobniej nigdy nie zostały dokończone i jeszcze zanim zdążyły przyjąć pierwszego turystę już zaczęły popadać w ruinę. W miarę zbliżania się do przełęczy Jvari droga stawała się coraz mniej i mniej wyraźna, aby w końcu na samej przełęczy zamienić się szuter powstały ze zmurszałego asfaltu. Kazbegi osiągnęliśmy po 30-to minutowym zjeździe. Zatrzymaliśmy się na dwie noce w hotelu Lomi, położonym zaraz przy głownym placu miasteczka.

Chmury nad Tsminda Sameba

Chmury nad Tsminda Sameba

10 września 2006
Chmury nad Tsminda Sameba
Tagi: Azja, Gruzja, Kaukaz, Kazbegi, Stepantsminda

Następny dzień był dniem wycieczkowym. Mieliśmy dużo szczęścia, niedzielny poranek przywitał nas piękną, słoneczną pogodą, co w Kazbegi bynajmniej nie jest regułą. Poszliśmy na wycieczkę do kościoła Tsminda Sameba, który usadowiony jest na górze, jakieś 700 m ponad miejscowością. Fantastyczne widoki i niezapomniany klimat. Nad wszystkim góruje potężny masyw góry Kazbek (5047 m n.p.m.). Próbowałem jeszcze dojść do lodowca Gergeti, tak jak opisane w przewodniku Lonely Planet, ale samemu nie chciało mi się zbyt daleko wypuszczać. Reszta grupy poległa na łączce nad Tsminda Sameba kategorycznie odmawiając dalszej wspinaczki. Spotkaliśmy też turystów (para z Czech i para z Izraela), których zamiarem było dotarcie na szczyt Kazbeka.

David Garedża (დავით გარეჯა)

Dawid Garedża: Lavra – widok z góry

Dawid Garedża: Lavra – widok z góry

11 września 2006
Dawid Garedża: Lavra – widok z góry
Tagi: Azja, Dawid Garedża, Gruzja, Kaukaz

Powrót z Kazbegi do Tbilisi zajął nam 3 godziny (marszrutka, 8 GEL bilet). Jedyny autobus z Kazbegi do Tbilisi odchodzi o 9.00 (bilet 6 GEL) ale ponoć jedzie dużo dłużej niż marszrutka. Na dworcu Didube w Tbilisi dogadaliśmy się z napotkanym kierowcą busa, żeby nas zawiózł do David Garedża, prastarego zespołu skalnych klasztorów. Początkowo wyglądało na to, ze trzeba będzie zapłacić 200 GEL za taką przyjemność, ale po krótkich poszukiwaniach udało się znaleźć chętnego kierowcę, który zgodził się zawieźć nas na miejsce, poczekać na nas i odwieźć z powrotem za 90 GEL. Kierowca okazał się być bardzo sympatyczny, towarzyszył nam w trakcie zwiedzania i opowiadał o David Garedża (jego namiary podaję w sekcji Info). Dojazd do David Garedża zajmuje trochę czasu bo kompleks znajduje się w szczerym polu przy granicy z Azerbejdżanem, zaś droga, która tam prowadzi jest momentami nader kiepskiej jakości. Tym niemniej na pewno warto tam pojechać – miejsce na prawdę robi wrażenie.

W końcu późnym wieczorem zmordowani zawitaliśmy ponownie do hostelu przy Ninoshvili w Tbilisi. Pani Irina dotrzymała obietnicy i trzymała dla nas nasze poddasze! Super!

Gori (გორი)

Nadszedł ostatni pełny dzień naszego pobytu w Gruzji. Niestety, pogoda nie dopisała: było jak w listopadzie u nas w Polsce. Zabraliśmy się do Gori, aby obejrzeć Muzeum Stalina. W Gruzji mają chyba duży deficyt bohaterów narodowych skoro ktoś o tak wątpliwej reputacji jak Soso Dżugaszwili pełni rolę naczelnego gieroja. No ale co kraj to obyczaj...

W muzeum, jak się można domyślać, Józef Wissarionowicz wyziera z każdego zakątka. Oprócz całej masy fotografii (w tym z konferencji w Poczdamie i Jałcie) jest tam także maska pośmiertna twarzy Stalina, a na podwórku obok muzeum stoi wagon kolejowy, którym wódz podróżował. Dom, w którym Stalin się wychował też jest zachowany i stoi pod specjalnym zadaszeniem jako swoistego rodzaju ogromny eksponat.

Gori: Wołodia i Soso (Muzeum Stalina)

Gori: Wołodia i Soso (Muzeum Stalina)

© Krzysztof Gajewski
12 września 2006
Gori: Wołodia i Soso (Muzeum Stalina)
Tagi: Azja, Gori, Gruzja, Józef Wissarionowicz Dżugaszwili Stalin, Kaukaz, Muzeum Stalina, Włodzimierz Ilicz Lenin

Po zwiedzeniu muzeum ja i Paweł poszliśmy oglądnąć twierdzę w Gori – nic specjalnego w sumie. Reszta grupy zaś udała się do restauracji, gdzie konsumowała gruzińskie wino i czekoladę. Jakiś pan ze stolika obok widząc, że jedzą czekoladę, wyszedł z restauracji, poszedł do sklepu i kupił pudełko czekoladek, które następnie wręczył zaskoczonym imprezowiczom. Gdy otworzyli bombonierkę i poszli go poczęstować, dostali jeszcze po kolejce wódeczki! Gruzini są naprawdę niesamowici! Zresztą wcześniej, w tej samej knajpie, gdy jedliśmy obiad przed wizytą w Muzeum Stalina, jeden z klientów opuszczając restauracje postawił nam dzban wina wychodząc z lokalu...

Wracając z Gori, natknęliśmy się w autobusie na... Gajowego! Nie pojechał z nami, bo chciał załatwić sobie wizę rosyjską w ambasadzie w Tbilisi, ale po nieudanych próbach pokonania rosyjskiej biurokracji wsiadł w taksówkę i przyjechał do Gori. Zwiedził muzeum i wracał ostatnim autobusem gdy się spotkaliśmy.

Powrót do Polski

Zbieramy się do powrotu. Rano pakowanie, a potem szybki przerzut na Tbilisi International Airport (autobus nr 37). Obawy co do taboru linii lotniczych Ukrainian Mediterranean Airways (UM Air) okazały się bezzasadne. Nie musieliśmy lecieć antonowem czy tupolewem, tylko maszyną firmy McDonnell-Douglas. Okazało się, że w UM Air tradycyjnie serwują dowolną ilość wódki bez dodatkowych opłat. Press skwapliwie skorzystał z hojnie serwowanych kolejek (pół plastikowego kubka na jeden raz) na skutek czego przy kontroli paszportowej na lotnisku Boryspil Martynka musiała nieco pomagać mu w utrzymaniu pionu. Z Boryspila pojechaliśmy autokarem firmy Atass do Kijowa pod dworzec kolejowy (bilet 20 UAH). Tam kupiliśmy bilety do Lwowa na pociąg nr 81 relacji Kijów–Użhorod (45 UAH płackartny). Ze Lwowa pojechaliśmy elektriczką do Szegini. Udało nam się uprosić żołnierza pilnującego kolejki na przejściu pieszym żeby pozwolił nam przejść poza kolejnością, w ramach promowania turystyki. Podobny manewr zastosowaliśmy przed posterunkiem polskim i w ten sposób dotarliśmy do kraju.

Chciałbym bardzo podziękować wszystkim towarzyszom podróży za fantastycznie spędzone chwile. Ponadto dodatkowe podziękowania należą się Muszce, Pawłowi vel. Le Pompier Sec, Gajowemu oraz Pressowi za zgodę na wykorzystanie ich zdjęć na tej stronie.