Dzień 1 – Przylot do Lizbony

[mapa wymaga włączonej obsługi Java Script]

Na początku wyprawy zaliczyliśmy mały falstart. Nie załapaliśmy się na poranny samolot Lufthansy z Krakowa do Monachium. Nie było wolnych miejsc, a my mieliśmy bilety stand by czyli bez „miejscówki”. Nie pozostało nic innego jak rozłożyć się na karimatach na łączce przy lotnisku i czekać na połączenie popołudniowe. Słoneczko przygrzewało przyjemnie i w efekcie jeszcze przed dotarciem do ciepłych krajów nabraliśmy stylowej opalenizny. Popołudniowy samolot był w połowie pusty więc bez problemów dolecieliśmy do Monachium, skąd po paru godzinach polecieliśmy dalej do Lizbony. Z lotniska pojechaliśmy autobusem nr 50 na Parque de Campismo de Lisboa. Już na samym początku pobytu w Portugalii okazało się, że Portugalczycy są bardzo przyjaźni i chętnie pomagają obcokrajowcom, np. kierowca autobusu szczerze zaangażował się w wyjaśnianie nam na migi gdzie trzeba wysiąść aby dotrzeć na kemping.

Lizboński kemping jest bardzo przyjemny. Mimo, iż przyszliśmy jakieś 20 minut przed północą, recepcja wciąż pracowała i mogliśmy się zameldować na dwie nocki. 

Dzień 2 i 3 – Lizbona

Lizbona: Most 25-go Kwietnia (Ponte 25 de Abril)

Lizbona: Most 25-go Kwietnia (Ponte 25 de Abril)

27 kwietnia 2006
Lizbona: Most 25-go Kwietnia (Ponte 25 de Abril)
Tagi: Europa Zachodnia, Lizbona, Portugalia

Następnego dnia udaliśmy się do pobliskiego sklepu sportowego aby kupić kartusze z gazem do maszynki. Była to priorytetowa sprawa, gdyż kol. Małgorzata potrzebuje wiaderka kawy o poranku aby wyrwać się z objęć Morfeusza. Ania zresztą też lubi wypić dwulitrową filiżankę kawy z rana. Co prawda miałem gaz w plecaku, ale – jak można było przewidzieć – czujni pracownicy Lufthansy usunęli zagrażające bezpieczeństwu lotu pojemniki, na ich miejscu umieszczając kartkę z wyjaśnieniem: „folgende Gegenstände entnommen und sichergestellt werden, da sie gegen geltende Sicherheitsvorschriften verstoßen: 2 × Gaskartusche”. I pomyśleć, że jak woziłem gaz Aerofłotem, to nikt nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń...

Zapewniwszy sobie zapas surowca energetycznego, przystąpiliśmy do zwiedzania Lizbony. Pojechaliśmy autobusem nr 14 do centrum miasta (Baixa). Zabytków tam nie brakuje, nie ma sensu się nad nimi rozpisywać, bo nie starczyłoby miejsca na serwerze – zapraszam do galerii zdjęć. Dwa dni zeszły nam na włóczeniu się po Baixa, Alfamie i Belém.

Będąc w Lizbonie koniecznie należy przejechać się tramwajem. To naprawdę wielka frajda pokonywać strome uliczki prawie stuletnim wagonikiem, który skrzypi i trzeszczy przy każdym skręcie. Drugiego dnia pobytu w Lizbonie właśnie w ten sposób pokonaliśmy trasę z Ajuda do centrum. Wysiedliśmy na głównym placu Lizbony, gdzie zaczepiali nas sprzedawcy „okularów”. Po zbliżeniu się do grupy potencjalnych klientów dyskretnie pokazują oni trzymany pod naręczami okularów towar i zapewniają: „good stuff, mister!”.

Lizbona mi się bardzo podobała. Co prawda byliśmy tam krótko i w zasadzie w ogóle nie spróbowaliśmy ani night life-u jak też również nie chodziliśmy po muzeach tudzież innych przybytkach kulturalnych (jak to kafary), ale samo wałęsanie się po mieście jest bardzo przyjemne. Nie da się ukryć, że to miasto ma swój niepowtarzalny klimat i urok. 

Dzień 4 – Z Lizbony do Viana do Castelo przez Fatimę

Fatima

Fatima

29 kwietnia 2006
Fatima
Tagi: Europa Zachodnia, Fatima, Portugalia

Ustaliliśmy, że na razie wystarczy włóczenia się po zabytkach i trzeba pojechać najpierw nad Ocean Atlantycki, a potem gdzieś w góry. I tak powstał plan: 1) Viana do Castelo, 2) Góry Gerês. Z tym, że po drodze do Viana postanowiliśmy zaliczyć Fatimę.

Fatima jest całkowicie nastawiona na pielgrzymów. Są tam hektary parkingów, wielkie centrum pielgrzyma, no i oczywiście samo sanktuarium maryjne z Kaplicą Objawień. Nie planowaliśmy zostawać na noc. Dziewczyny poszły zobaczyć z bliska „portugalską Częstochowę”, a ja siedziałem w parku i pilnowałem bagaży. Potem jednak zabrałem graty i poszedłem w okolice dworca autobusowego, bo w parku młodzi Cyganie nie dawali mi spokojnie zjeść kanapek, sugerując, że powinienem oddać im znaczną część mojego posiłku.

Około 17-tej dziewczyny wróciły i podzieliły się ze mną wrażeniami: „Ale to wielkie!”. Trochę pochodziły po sanktuarium, a resztę czasu spędziły – co było do przewidzenia – pijąc kawę w kawiarni „João Paulo II”. Poszliśmy na dworzec autobusowy i akurat trafiliśmy na połączenie do Viana do Castelo. Na miejsce dotarliśmy dopiero około północy, ale bardzo sympatyczny taksówkarz wytłumaczył nam jak dotrzeć na kemping, który był po drugiej stronie rzeki Limy. 

Dzień 5 – Viana do Castelo

Nad Atlantykiem w Viana do Castelo

Nad Atlantykiem w Viana do Castelo

30 kwietnia 2006
Nad Atlantykiem w Viana do Castelo
Tagi: Europa Zachodnia, Portugalia, Viana Do Castelo

Skoro świt pognaliśmy nad Atlantyk. Majowe słoneczko przygrzewało mocno, ale gorąca nie odczuwało się, gdyż od strony oceanu wiał zimny wiatr. Na plaży ludzie biegali, spacerowali, wędkowali, uprawiali windsurfing, albo kitesurfing. Fajny sport, ale nauka chyba nie jest łatwa. Początkujący ćwiczą na sucho na plaży i przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru orzą piasek swoimi korpusami, aby w końcu wylądować w przybrzeżnych krzakach lub w wodzie. Kąpiących się było niewielu, bo woda była bardzo zimna.

Po plaży udaliśmy się do miasta. Starówka to wąskie uliczki na wzgórzu i malownicze kamienice. Atrakcję stanowi górująca nad miastem bazylika. Wspięliśmy się na Monte Santa Lucia, bo tak nazywa się ta góra i oglądnęliśmy wspaniały zachód słońca nad Atlantykiem. Z góry rozciąga się fantastyczna panorama całego miasta i okolic. Wieczorem zaczęliśmy czuć, że słoneczko na plaży przypaliło nas całkiem nieźle, ale z powodu zimnego wiatru w ogóle nie zauważaliśmy działania promieni słonecznych. 

Dzień 6 – Braga

W Święto Pracy opuściliśmy Viana do Castelo i pojechaliśmy autobusem do Bragi. Nie było zbyt wiele połączeń ze względu na wolne, tak więc na miejsce dotarliśmy dopiero ok. godziny 14-tej. Tradycyjnie już na kemping dostaliśmy się pieszo (kafary tak mają!) i przy okazji zwiedziliśmy miasto. Braga to niewielkie miasteczko, ale całkiem urokliwe. Czy w Portugalii w ogóle jest jakieś brzydkie miasto? Pewnie tak, ale my na takie nie trafiliśmy.

Planowana na popołudnie wizyta w Bom Jesus – położonym kilka kilometrów od Bragi, słynącym ze wspaniałych schodów sanktuarium – nie doszła do skutku. Los napisał inny scenariusz. Południowym zwyczajem skonsumowaliśmy do obiadu dwie butelki wina i w efekcie, zamiast zwiedzać, udaliśmy się na popołudniową drzemkę, która trwała ok. 5 godzin, tak więc po przebudzeniu się nie pozostało nic innego jak spać dalej. Bom Jesus zostało na następny raz. Plan wyprawy nie został wykonany – cóż za cios!

W Bradze jest najładniejszy kemping na jakim kiedykolwiek byłem. Jest on położony na stromym zboczu wzgórza zaraz przy stadionie piłkarskim. Składa się z szeregu tarasów, z umocnieniami wykonanymi z ogromnych kamieni. 

Dzień 7 – Jedziemy w góry

Park Narodowy Peneda-Gerês

Park Narodowy Peneda-Gerês

4 maja 2006
Park Narodowy Peneda-Gerês
Tagi: Europa Zachodnia, Góry Gerês, Park Narodowy Peneda Gerês, Portugalia

Drugiego maja ruszyliśmy do Gerês, miejscowości położonej w górach o tej samej nazwie i będącej dobrym punktem wypadowym do wycieczek. Autobusy z Bragi odchodzą często, ale jadą bocznymi drogami przez małe miejscowości, stąd przejechanie 40-to kilometrowej trasy zajmuje prawie dwie godziny. Ale za to przejazd obfituje we wspaniałe widoki, zwłaszcza w ostatniej fazie podróży, gdy autobus pokonuje jedno z pasm gór Gerês. Obszar gór Gerês razem z dalej na północ położonymi górami Peneda objęty jest ochroną. W 1971 roku utworzony tam został Parque Nacional do Peneda-Gerês.

Wysiedliśmy na ostatnim przystanku w Gerês i stamtąd poszliśmy jakieś 500 m do informacji turystycznej w centrum miejscowości. Okazało się, że kemping jest nieczynny, rusza dopiero 15-go maja. W Gerês jest jeszcze drugi kemping, jakieś pół kilometra przed początkiem miasteczka, i ten był na szczęście otwarty. Zainstalowaliśmy się tam z naszym namiotem, pomiędzy dwoma drzewkami pomarańczowymi. Okazało się to dobrym posunięciem, gdyż mieliśmy dzięki temu suplement witaminowy do diety opartej na zupkach chińskich. Właściciel kempingu – pan Emanuel – zachęcał nas, żebyśmy żarli pomarańcze ile wlezie.

Nie udało się również dostać porządnej mapy tych okolic, w takiej skali, która umożliwiałaby chodzenie po górach. Wygląda na to, że mapa taka po prostu nie istnieje. Na szczęście w Parku wytyczono szereg oznakowanych tras pieszych. Do każdej trasy można pobrać w informacji turystycznej ulotkę zawierającą schematyczny przebieg szlaku i pobieżny opis atrakcji. Zaopatrzyliśmy się w całe naręcza tych ulotek i postanowiliśmy zostać w górach przez parę następnych dni. 

Dzień 8 – Góry Gerês

Park Narodowy Peneda-Gerês

Park Narodowy Peneda-Gerês

3 maja 2006
Park Narodowy Peneda-Gerês
Tagi: Europa Zachodnia, Góry Gerês, Park Narodowy Peneda Gerês, Portugalia

Rano ruszyliśmy w góry trasą „Trilho dos Miradouros” (nr 6). Góry nie są zbyt wysokie w jednostkach bezwzględnych, ale w terenie kompletnie tego nie widać. Poruszaliśmy się na wysokościach 500–900 m n.p.m., ale miałem wrażenie, jakbym był co najmniej w wyższych partiach naszych Beskidów (Babia Góra, itp.). Mnóstwo pięknych widoków, a do tego na początku maja całe góry pokryte były kwiatami we wszystkich możliwych kolorach. Trasa oznakowana bardzo dobrze, choć w niektórych miejscach trzeba było trochę poszukać szlaku. Wędrowanie zajęło nam cały dzień, dużo czasu spędziliśmy fotografując widoki i wygrzewając się na słoneczku. Wieczorem, jak przystało po wycieczce górskiej, wypiliśmy po piwie w jednej z knajpek w centrum miasteczka i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek na kemping. 

Dzień 9 – Gór Gerês ciąg dalszy

Ten dzień podobny był do poprzedniego, ale tym razem pokonaliśmy trasę nr 3, poprowadzoną wschodnią stroną doliny. W porównaniu do poprzedniej trasy było tam zdecydowanie więcej kamieni. Potężne rumowiska rozciągają się na szczytach gór, niekiedy tworząc ciekawe formy. Również na tej trasie było mnóstwo punktów widokowych, z których można podziwiać piękne panoramy. 

Dzień 10 – Porto

Porto: Barki z winem

Porto: Barki z winem

5 maja 2006
Porto: Barki z winem
Tagi: Europa Zachodnia, Porto, Portugalia

Tego dnia przyszło nam opuścić malownicze góry Gerês i przemieścić się do Porto. O 8.00 pojechaliśmy autobusem do Bragi i stamtąd dalej do Porto pośpiesznym firmy Renex. W Porto wysiedliśmy w okolicach Rua do Carmo, skąd jest dobry dojazd autobusem miejskim do Parque do Campismo w dzielnicy Prelada. W międzyczasie przyplątali się bracia Słowianie: Ukrainiec z Krymu i Rosjanin z Kazachstanu, którzy koniecznie chcieli nas obwozić swoim wozem po Porto. Nie skorzystaliśmy jednakże z tej oferty. Po rozbiciu namiotu na kempingu pojechaliśmy z powrotem do centrum, aby spędzić ostatni wieczór w Portugalii na zwiedzaniu Porto.

Porto jest chyba jeszcze ładniejsze od Lizbony. Położone na wzgórzach, podobnie jak Lizbona, Porto oferuje turyście labirynt wąskich uliczek, dwukondygnacyjny zabytkowy most zaprojektowany z udziałem G. Eiffel’a, granitową wieżę Torre dos Clérigos, no i oczywiście ogromną liczbę zabytkowych kościołów. Zwiedzanie zaczęliśmy od wejścia na Torre dos Clérigos, skąd roztacza się piękna panorama na całe miasto, a zakończyliśmy w leżącej na południowym brzegu Douro dzielnicy Vila Nova de Gaia, podziwiając zachód słońca nad starówką. 

Dzień 11 – Powrót do Polski

Pobyt w Portugalii niestety dobiegł końca. Autobusem miejskim pojechaliśmy na lotnisko (przystanek jest zaraz obok kempingu) i stamtąd już drogą powietrzną, tym razem przez Frankfurt, dotarliśmy do Krakowa. Portugalia zrobiła na nas jak najlepsze wrażenie. Mili ludzie, ciepło (ale bez przesady), piękne krajobrazy, dobre żarcie – słowem wszystko co człowiekowi do szczęścia potrzebne. Na pewno jeszcze kiedyś się tam wybierzemy, ale tym razem trzeba będzie zorganizować samochód, gdyż jest to zdecydowanie najlepszy sposób na zwiedzanie Portugalii.