Dzień 1

[mapa wymaga włączonej obsługi Java Script]

Do Medyki dojechaliśmy samochodem, który porzuciliśmy na parkingu przy przejściu granicznym i dalej kontynuowaliśmy wycieczkę na piechotę. Przy przekraczaniu granicy ukraińska pogranicznik długo nie mogła się nadziwić gdzie to się wybieramy. Musieliśmy precyzyjnie określić cel naszej wycieczki na karcie imigracyjnej: „Turystyka, Karpaty – Połonina Pikuja, pieszo”. Frankie się irytował, ale ja twierdzę, że jeżeli jest rubryka na formularzu, to i wpis być musi. Potem udało nam się wesprzeć finansowo pewnego taksówkarza, który policzył nam 70 hrywien za podwiezienie z granicy (przejście Medyka–Шегині) do Sambora (Самбір). Ale sami chcieliśmy, a poza tym zależało nam, żeby zdążyć na pociąg. Za to bilet na elektriczkę do Sjanek (Сянки) był śmiesznie tani (4,6 UAH, czyli jakieś 3 PLN).

Przejazd pociągiem na drugą stronę Karpat

Przejazd pociągiem na drugą stronę Karpat

15 czerwca 2006
Przejazd pociągiem na drugą stronę Karpat
Tagi: Europa Środkowa, góry, Karpaty Wschodnie, Ukraina

Wyżej wspomnianym pociągiem dotarliśmy do Sjanek, na których kończy się zasięg kolei podmiejskich okręgu lwowskiego. Przełęcz Użocka znajduje się tuż, tuż. Pogoda, na początku podróży doskonała, trochę się popsuła, pokropił drobny deszcz. Za oknem pociągu piękne widoki na Bieszczady Wschodnie.

W Sjankach przesiedliśmy się od razu na pociąg do Wołosianki (Волосянка), którym przekroczyliśmy przełęcz Użocką i  przedostaliśmy się na południową stronę łuku Karpat. Zakarpacie przywitało nas lepszą pogodą, więc zająłem się fotografowaniem okolicznych krajobrazów (po znalezieniu okna, które otwierało się w stopniu umożliwiającym robienie zdjęć). Widoki z pociągu były bardzo ładne: góry, mosty i tunele. Przy każdym tunelu budka a w niej strażnik z kałasznikowem.

Z Wołosianki ruszyliśmy drogą na południe, w stronę miejscowości Husny (Гусний). Ponieważ było już późno, rozbiliśmy namiot zaraz za wsią. Było dość zimno i okropnie dużo much – czyli wszystko w normie.

Dzień 2

Wędrówka Połoniną Pikuja

Wędrówka Połoniną Pikuja

16 czerwca 2006
Wędrówka Połoniną Pikuja
Tagi: Bieszczady Wschodnie, Europa Środkowa, góry, Karpaty Wschodnie, Połonina Pikuja, Ukraina

Rano obudziło nas słoneczko mocno przygrzewające w tropik namiotu. Ostry zapach chloru roznosił się dookoła. Nasz zasłużony namiot po powrocie z Portugalii musiał przejść odgrzybianie polegające na moczeniu w wybielaczu. Grzyb zniknął – zapach pozostał. Ale najważniejsze, że pogoda była piękna. I pomyśleć, że jeszcze dwa dni temu prognozy pogody dla Zakarpacia przewidywały deszcz ze 100% pewnością... Zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w trasę. Drogą na Roztokę doszliśmy do szerokiej, płaskiej przełęczy, która oddziela dolinę Husnego od doliny Roztoki, jeżeli mogę to tak nazwać. Kawałek całkiem płaskiego terenu – jest tam nawet zaimprowizowane boisko piłkarskie. Przeszliśmy na wschodnią część doliny, pociągnęliśmy jeszcze trochę wzdłuż połoniny Pikuja szukając jakiejś ścieżki, żeby dogodnie wyjść na górę. Nie mogąc znaleźć niczego, podeszliśmy na azymut przez las. Ciężkie to było podejście. Stromo tak, że momentami myślałem, iż plecak mnie przeważy i stoczę się z powrotem do punktu wyjścia. W końcu wytaszczyliśmy się na grań pomiędzy szczytami Starostyny (Старостина) i Żurówki (Журовка) i... wpadliśmy prosto na silną grupę turystów z Zawiercia. Zaskoczeni byliśmy nie mniej niż oni, bo jak do tej pory turystów nie spotkaliśmy w ogóle. Potem już nie natknęliśmy się na nikogo prócz pasterzy.

Dzięki bardzo dobrym warunkom atmosferycznym przeszliśmy resztę połoniny – aż do Pikuja – jeszcze tego samego dnia. Piękne widoki na okoliczne góry, świetnie było widać Ostrą Horę i masyw Połoniny Równej, na którym zresztą jeszcze gdzieniegdzie zalegał śnieg. Nie mieliśmy większych problemów z nawigacją. Przy ładnej pogodzie, a taką mieliśmy, wystarczy po prostu zasuwać grzbietem połoniny przed siebie. No ale trzeba wspomnieć, że zrobiliśmy próbę skrótu, co zaowocowało straconą godziną i mozolnym podchodzeniem z powrotem na grań przez krzaki.

Z Pikuja stoczyliśmy się (to jest najwłaściwsze określenie gdyż zejście jest bardzo strome) na północno-wschodnią stronę i rozbiliśmy namiot na polance jakieś 1000 m n.p.m. Chyba wszystkie muchy z całego świata zleciały się właśnie w to miejsce. Dopiero ognisko pozwoliło nam jakoś przetrwać.

Dzień 3

Połonina Pikuja: Zachód słońca

Połonina Pikuja: Zachód słońca

16 czerwca 2006
Połonina Pikuja: Zachód słońca
Tagi: Bieszczady Wschodnie, Europa Środkowa, góry, Karpaty Wschodnie, Połonina Pikuja, Ukraina

Znowu piękna pogoda. Kończyła nam się woda, więc czym prędzej zebraliśmy się do zejścia. Zeszliśmy do Biłaszówki (Біласовиця) doliną, która dochodzi do wsi od strony południowej. Po drodze zaliczyliśmy kąpiel w potoku, tak więc do miejscowego sklepu zawitaliśmy świezi i eleganccy, jak przystało na ludzi kulturalnych i wykształconych. Potem podeszliśmy do szosy E-50 łączącej Zakarpacie ze Lwowem, gdzie praktycznie od razu złapaliśmy okazję do Lwowa: za 70 hrywien kierowca mikrobusa zgodził się nas zabrać. Byliśmy we Lwowie (150 km) za jakieś 2 godziny. To niezły czas jak na Ukrainę. Tu przejechanie 150 km czasami zajmuje cały dzień. Wszystko dzięki względnie dobrej jakości drogi i naszemu kierowcy, który nierzadko wyciskał po 140 km/h ze swojego furgona.

Kierowca wysadził nas na obrzeżach miasta, przy obwodnicy. Do centrum dojechaliśmy mikrobusem, zostawiliśmy bagaże w poczekalni dworcowej i resztę dnia spędziliśmy zwiedzając Lwów, a na nocleg udaliśmy się do poczekalni dworcowej na dworcu podmiejskim (a w zasadzie nie do poczekalni, tylko do pomieszczenia, w którym przyjmowane są bagaże do przechowalni).

Dzień 4

Lwów: Prospekt Swobody

Lwów: Prospekt Swobody

17 czerwca 2006
Lwów: Prospekt Swobody
Tagi: Europa, Lwów, Ukraina

Nocleg w poczekalni dworcowej nie podszedł mi za bardzo. Mimo bardzo wczesnych godzin porannych nie mogłem zasnąć, więc uzupełniałem Dziennik Wyprawy. Frank chrapał donośnie, ale oprócz niego wyraźnie słychać było jeszcze drugi „wokal”. Niższy, zbasowany, bardziej rzężący, a przy wydechu przechodzący w coś jakby westchnienie. Oprócz nas nie było nikogo w pomieszczeniu, więc wyszło na to, że Aga chrapie jak stary wiarus. Ale nie! Bliższa inspekcja sytuacji ujawniła, że za kratą okienka przechowalni bagażowej (czynnej całodobowo) przyciął komara obsługujący ją pracownik, ustawiwszy się wcześniej tak, aby go nie było widać.

O 05:35 czasu kijowskiego wsiedliśmy do elektriczki i pojechaliśmy do Szegini. Na przejściu pieszym była potężna kolejka (jak zwykle). Zdecydowaliśmy się poprosić kogoś, żeby nas przewiózł autem przez granicę, ale – jak się potem okazało – nie było to optymalne rozwiązanie. Pan, z którym się zabraliśmy podpadł był celnikom już wcześniej i został skierowany na tzw. „jamę”, czyli gruntowną inspekcję pojazdu na kanale. W sumie spędziliśmy jakieś 3 godziny kiblując w upale na przejściu granicznym. Ale za to mieliśmy okazje posłuchać trochę opowieści z życia przemytników, np. o facecie, który chciał przewieźć 60 kartonów papierosów w baku benzynowym, owinięte hermetycznie w folię. Albo o pewnym celniku, który pukając w oponę auta potrafił rozpoznać, czy jest ona napełniona papierosami, czy tylko powietrzem – prawdziwy wirtuoz w swoim fachu.

Nasz kierowca do końca nie wierzył nam, że niczego nie przemycamy.

– To marnotrawstwo! Trzeba było wziąć przynajmniej po flaszce i karton fajek – stwierdził. – Szkoda, że mi nie powiedzieliście wcześniej, to bym wziął coś na was... zaraz, może jeszcze da się coś zrobić – dodał, po czym wysiadł z wozu i pognał w kierunku sklepu wolnocłowego znajdującego się na pasie „ziemi niczyjej”, pomiędzy ukraińskimi a polskimi posterunkami granicznymi. Pilnujący porządku żołnierz był jednak bezlitosny.

– Nazad do masziny! – skierował naszego szofera z powrotem do samochodu.

W końcu udało nam się przedostać z powrotem do Polski. Auto stało tak jak je zostawiliśmy, przybyła mu tylko jedna dziura w karoserii. Chyba zostało zawadzone przez samochód ciężarowy, albo może ktoś próbował dostać się do bagażnika...