17-go sierpnia ruszyliśmy w trasę
Wyjechaliśmy wczesnym popołudniem z Krakowa pociągiem osobowym do Zwardonia, a stamtąd dalej autobusem do Skalitégo na Słowacji. W Skalitém, po kilkugodzinnym oczekiwaniu, wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa–Wiedeń („Stefan Batory”). Tam już czekała na nas reszta grupy, dokładnie jak przewidywał precyzyjnie opracowany plan wyprawy. Już w komplecie (6 osób) dotoczyliśmy się rankiem do miejscowości Galanta, gdzie wykonaliśmy przesiadkę na vlak do Štúrova przy granicy węgierskiej. Okazało się, że tym pociągiem można dostać się do Szob na Węgrzech, co też uczyniliśmy.
Poniżej zapis z Dziennika Wyprawy, który Martynka pracowicie tworzyła przez prawie całą wycieczkę:
[...] dojechaliśmy do SZOB po węgierskiej stronie. Stacją rządzą: dyspozytorka–esesman, jej pomocnica, Rasputin – gość od nastawni kolejowych i jakiś Bohobrody.
Wszyscy oni dość sympatyczni, pozwolili nam sfotografować się w czapkach pracowników kolei węgierskich, jak również pobawić się lizakiem (takim do machania na pociągi oczywiście). Widząc, że mimo wczesnej pory co poniektórzy uczestnicy wycieczki chętnie raczą się piwkiem, Rasputin tylko machnął ręką i skwitował: „lendziary”. Jedynej rzeczy, jakiej nam brakowało na stacji w Szob to kantoru wymiany walut. Po bezowocnych poszukiwaniach pani w barze dworcowym zgodziła się na operację czejndż many, niestety po niezbyt korzystnym dla nas kursie 180 forintów za jednego baksa. Co prawda najpierw zaproponowała nam 200 forintów, ale ponieważ się wahaliśmy, to kurs uległ obniżeniu... stąd pierwszy wniosek z tej wyprawy: działać trzeba szybko i bez (zbytniego) zastanawiania się!
Pozyskawszy miejscową walutę kupiliśmy bilety i pojechaliśmy pociągiem do madziarskiej stolicy. Tam już czekał na nas Nasz Człowiek w Budapeszcie, czyli Ewcia. Rolą NCzwB było obniżenie bariery językowej do poziomu umożliwiającego zakup biletu kolejowego do żądanej stacji docelowej, czyli – mówiąc po ludzku – Ewcia zna węgierski i kupiła nam bilety do Suboticy w Serbii. Oczywiście kupiliśmy osobno bilet na odcinek graniczny i osobno na trasę po Węgrzech aby zaoszczędzić. Niestety, węgierska konduktorka nie uznała naszego biletu i całą drogę do Serbii usiłowała wysępić od nas jakąś kosmiczną karę. Zignorowaliśmy ją i w końcu jakoś dotarliśmy do Suboticy. Dziennik:
Nieprzyjemna sytuacja z konduktorką w węgierskim pociągu. Do końca nie wiadomo o co jej chodziło, coś było nie tak z biletami. Już nie lubimy Madziarów i w związku z tym chyba nie wracamy przez Magyarország – pewnie Rumunia i Ukraina.
Po krótkim rozeznaniu na dworcu kolejowym w Suboticy okazało się, że o 19-tej mamy dogodne połączenie do Baru (Бар) w Czarnogórze, nad Adriatykiem. (Rozeznanie było konieczne, gdyż nasz precyzyjnie opracowany plan kończył się na Węgrzech.) Cena biletu: 1700 RSD (20 RSD = 1 PLN), zniżka na EURO26 lub ISIC – 50%. Co poniektórym jeszcze szybciej niż pociąg do Baru udało się znaleźć bar dworcowy: piwo – 60 RSD, bułka z mortadelą na ciepło – 70 RSD. Zaopatrzyliśmy się w parę butli z browarem (flacha 2 L – 95 RSD) i dalej w drogę. Serbskie koleje bardzo przyjemnie nas zaskoczyły: siedzenia w przedziale można rozłożyć tworząc coś na kształt wielkiego wyra. Dzięki temu, gdy następnego dnia rano wytoczyliśmy się z wagonu na stacji Bar, byliśmy wreszcie porządnie wyspani. ![]()
19-go docieramy nad Adriatyk
Dziennik Wyprawy:
Adriatyk za oknami wynajętego busa! Prawdziwy Adriatyk! Zacna ta Czarnogóra. Ciepło tak jak miało być zgodnie z planem, są figi i kiwi podobnież też. Wylądowaliśmy o 8:00 w Barze. Noc spędziliśmy w komfortowych warunkach na mięciutkich rozkładanych fotelach, no może trochę zgniłych, ale nic to... Odpędziliśmy się od roju taksówkarzy przed dworcem, zjedliśmy śniadanko na spłachetku trawy przed dworcem autobusowym, zasięgnęliśmy języka a teraz zmierzamy w stronę 13-to kilometrowej plaży!
W Barze wzięliśmy busa, bo okazało się, że tak będzie szybciej i minimalnie drożej niż komunikacją masową i pojechaliśmy na plażę. Velika plaža rozciąga się od miejscowości Ulczyn (Ulcinj/Улцињ) na południowy wschód aż do granicy albańskiej. Klimaty kurortowe, walutą obowiązującą są euraki. Swoją drogą to ciekawostka, bo w Serbii płaci się dinarami, a przecież Serbia i Czarnogóra wtedy jeszcze stanowiły jedno państwo [3 czerwca 2006 Czarnogóra ogłosiła niepodległość]. Ale co tam... co kraj to obyczaj. W Ulczynie odwiedziliśmy informację turystyczną (jest przy porcie) i wynajęliśmy taksówkę, która zawiozła nas nad morze, jakieś 5 km za miasto. Ten sektor plaży nazywa się „Miami Beach” i zapewne przynależy do któregoś z hoteli, ale można było korzystać bez przeszkód. Po dwóch godzinach plażowania założyliśmy plecaki i wyruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Może 2 km od „Miami” natrafiliśmy na Autocamp „Neptun”, który oferuje możliwość rozbicia namiotu lub zaparkowania przyczepy kempingowej (1,5 EUR od łebka za dzień, 0,5 EUR taksa klimatyczna, 2 EUR za namiot za dzień). Gości nie było zbyt wielu, ale pusto też nie było – byli również Polacy. Przykładowe cenny z tamtych rejonów to: papierosy „Star” – 0,8 EUR, literek wina – 1,5 EUR do 2 EUR, chleb – 0,5 EUR, burek czyli ogólnobałkański fastfood – 0,8 EUR do 1 EUR, browar w knajpie – 1 EUR, śliwowica – 3,7 EUR, baniak wina 5 L – 7,6 EUR. Komary w dowolnych ilościach bez dodatkowych opłat. ![]()
20-go zwiedzamy Ulczyn i polegujemy na plaży
Z Velikiej plažy można dojść do Ulczyna drogą biegnącą nad samym brzegiem Adriatyku. Bardzo przyjemny spacer. Droga momentami przechodzi w ścieżkę, brzeg jest skalisty, ale jest kilka miejsc gdzie można wygodnie dojść do wody.
[...] fantastyczny dzień – rano plaża, a potem do Ulczyna. Znaleźliśmy wspaniałą drogę przez cypel – półdziki, cudowne widoki. Dopiero poczuliśmy, że jesteśmy na Bałkanach. Och i ach. Wypiliśmy winko w knajpce ukrytej w krzakach. A po paru minutach absolutne przeciwieństwo – skrajnie kurortowe Ulcinj. Brrr! Aha, wcześniej, w trakcie tej cudownej drogi wzdłuż plaży przez krzory i przez krzaki [...] pierwszy raz z oddali zobaczyliśmy Albanię.
Ulczyn to faktycznie jeden wielki kurort. Bardzo ładne jest natomiast stare miasto ulokowane na skalistym cyplu wrzynającym się w morze. Jest tam twierdza otoczona labiryntem wąskich uliczek – jak najbardziej zamieszkała – są też knajpy i restauracje. W zatoczce leżącej u stóp starego miasta jest przystań i plaża miejska.
Wracajac z Ulczyna umówiliśmy się z bardzo uprzejmym panem busiarzem, że zawiezie nas następnego dnia do Albanii za jedyne 4 EUR od osoby. Problem polegał na tym, że umowiliśmy się na godzinę 5-tą rano... ![]()
21-go docieramy do Albanii
... i jak można się domyślać, nie wstaliśmy. Więc zrobił się mały ferment, ale jakoś to rozwiązaliśmy płacąc za kurs poranny, który nie doszedł do skutku, i za kurs popołudniowy, którym faktycznie dotarliśmy do ojczyzny Enwera Hodży.
Wtopa – nie wstaliśmy o 5:00 na busa do Albanii. Hmm... śliwowica – miażdży. Polegli najwytrwalsi. Noo... troszkę poprawiliśmy winem, ale tylko ciut – nie dało się tego pić. Nawet na bani nie byliśmy w stanie. Spaliśmy na plaży, w piachu po uszy.
Bania trzymała nas do późnych godzin porannych/wczesnych popołudniowych. Kierowca busa zły, bo specjalnie po nas podjechał a my wtedy jeszcze zwiedzaliśmy kosmos. Paweł chcąc poprawić sytuację wytłumaczył, że to przez ich, znaczy się, czarnogórską śliwowicę – wtopa: „śliwowica jest serbska, wrrr”.
W Albanii na wejściu zostaliśmy obrzuceni butelkami po piwie Tirana, ale jak się później okazało, nie był to gest wrogi, lecz wprost przeciwnie: był to wyraz entuzjazmu wobec gości zagranicznych. Z busa wysiedliśmy kawałek za granicą czarnogórsko–albańską, na rozdrożu prowadzącym do Szkodry (Shkodër) albo do wsi Shirokë. Ruszyliśmy do Shirokë. Po pięciu minutach marszu rzeka, wzdłuż której szliśmy, zaczęła przechodzić w wielkie Jezioro Szkoderskie. Krajobrazy bardzo ładne, jezioro, w tle góry, ale przy drodze niestety walają się tony śmieci. Zresztą chyba całe Bałkany toną w śmieciach, w Czarnogórze było niewiele lepiej pod tym względem. Natomiast, co ciekawe, woda w jeziorze była czysta, więc Paweł i Mateusz zażyli odświeżającej kąpieli. Potem degustaca lokalnego piwa. Miejscową walutę potrzebną do tego celu – leki (kod walutowy ALL) – pozyskaliśmy na drodze wymiany dolarów u bardzo miłego szefa przydrożnej knajpy, z którym porozumieliśmy się po niemiecku. Strasznie byliśmy ciekawi, co ma do zaoferowania albański przemysł browarniczy. Wybór jest niewielki: piwo Tirana w zielonych butelkach. Ale trzeba przyznać, że całkiem przyzwoite.
Pod wieczór Martynka poszła do pobliskiego domu, żeby poprosić o wodę, a przy okazji załatwiła także nocleg...
Noc spędzona u albańskiej rodziny w salonie. Jedna wyprawa po pitną wodę i zostaliśmy wciągnięci w wir życia rodzinnego. Fantastyczni ludzie – porozumiewanie w esperanto (włoski, niemiecki, angielski – każdy jeździ gdzieś na zachód za chlebem) plus uniwersalny język ciała (winko pomaga :). Objedliśmy się winogronami, dostaliśmy do spróbowania craba – lokalną rybę, tylko ze Szkodry. Aha – chcieliśmy spać na plaży, ale powiedziano nam (do tej pory nie wiemy czy to prawda), że są tam węże. Jadowite węże! Schodzą z gór do wody. ![]()
22-go jedziemy do Tirany
Uniknąwszy makabrycznej śmierci w paszczach jadowitych węży pojechaliśmy dalej. Zebraliśmy się żwawo rankiem, żeby nie nadużywać gościnności naszych gospodarzy i pognaliśmy na przystanek łapać autobus do Szkodry (bilet 40 ALL).
Rano do autobusu. Masakryczny ścisk. Myśleliśmy, że nie wsiądziemy, ale przyszedł kierowca, opierdolił pasażerów i dało się. Wyższa szkoła ekwilibrystyki. Ludzie przemili. Syf okropny – wszędzie śmieci, całe stosy. Teraz spróbujemy dostać się busem do mostu Mesi nad Kirem.
Garbaty most Mesi na rzece Kir wygląda jakby postawili go Rzymianie, ale w rzeczywistości jest znacznie młodszy: ma jakieś 300 lat. Dojechaliśmy tam ze Szkodry wynajętym mikrobusem. Kierowca był bardzo miły, ale kompletnie nie mogliśmy się z nim porozumieć, gdyż znał jedynie swój ojczysty język albański. To gdzie chcemy jechać, na jak długo, za ile, i tak dalej, wytłumaczył mu przygodny przechodzień, który mówił po angielsku. Tak „zaprogramowany” kierowca dowiózł nas do mostu i potem z powrotem do Szkodry na dworzec kolejowy. Zresztą takie sytuacje były regułą w Albanii: gdy tylko nie byliśmy w stanie czegoś załatwić, natychmiast pojawiała się grupa ludzi skorych do pomocy, a wśród nich zawsze znajdował się ktoś mówiący po angielsku, niemiecku, lub, co zdarzało się chyba najczęściej, po włosku.
Most udało się zobaczyć – warto. Chyba nie muszę już pisać, że wszędzie hałdy śmieci. Szkodra... hmm... chyba drugie co do wielkości miasto w Albanii i... owieczki gdzieniegdzie na ulicach. Domy, bloki, wszystko co może być odrapane – jest, co może być pordzewiałe – pordzewiało. Padał deszcz więc błoto po szyje. Droga do dworca – o losie okrutny. Ale ludzie znowu przecudowni – pani w okienku biletowym została zmuszona przez tubylców żeby sprzedać nam bilety za dolce. A pomiędzy tym wszystkim super fury i... furmanki z niskopiennymi konikami i mnóstwo rowerów, kto nie ma super fury – jeździ rowerem. Albo, albo.
Do Tirany jazda 4 godziny – 70 km! Ale jaki bufet! Ogromny wagon „bydlęcy” – syf, błoto, gdzieś tam brak drzwi, dziury w podłodze, a na końcu budka z dykty i sznurka z „barmanem”. Barman sprzedaje nam Tiranę za 100 ALL, których nie mamy, oczywiście płacimy dolcami. Barman wierzy nam na słowo, że 100 ALL to 1 dolar.
Jazda pociągiem to faktycznie ciekawe przeżycie, jak również świetny sposób na podziwianie przez otwarte drzwi wagonu krajobrazów przesuwających się z prędkością 15 km/h. Ci, którzy preferują bardziej aktywne sposoby spędzania podróży mogą zabawiać się wyskakiwaniem i wskakiwaniem z powrotem do jadącego pociągu. Obsługa składu dba o porządek: rzucane przez pasażerów odpadki są na bieżąco ekspediowane na torowisko.
W końcu docieramy do Tirany. Młodzian gdzieś zniknął, może wysiadł, może zginął pod kołami, ale raczej po prostu mu się znudziło.
W Tiranie – trąbienie, jak wyjdzie: trąbie bo lubię, trąbię bo trąbię, trąbię bo jadą, trąbię bo myślę, etc. Trzeba uważnie lawirować w błocie – nawet w centrum centrum. Są światła na skrzyżowaniach, ale kto by tam...
W Tiranie wkręciliśmy się na nocleg do prowadzonej przez Salezjanów z Włoch misji Don Bosko, całkiem niedaleko centrum, na ulicy o nazwie... Don Bosko. W zasadzie to nie pamiętam skąd się wziął taki pomysł (zwłaszcza, że uczestnicy wycieczki nie byli przesadnie religijni), lecz faktem jest, że w końcu tam wylądowaliśmy. Padre Antonio nie był zbytnio zachwycony perspektywą nocowania nas, ale był bezradny wobec perswazji Ani. Przy okazji okazało się, że Matka Teresa z Kalkuty jest z Albanii. To jedna z takich rzeczy, które można potem użyć do konstruowania podchwytliwych pytań w stylu ile lat trwała wojna stuletnia albo w którym miesiącu wypada rocznica Rewolucji Październikowej.
Wieczorem poszliśmy na miasto i zafundowaliśmy sobie kolację w restauracji. Zamówiliśmy takie specyjały jak „mish i that”, „bërxdii”, „tasqebab”, „mish sade” i chyba coś jeszcze. Wszystkie one okazały się być grillowanym mięsem. Całkiem dobre, natomiast czas oczekiwania na potrawy wyniósł chyba półtorej godziny. Po kolacji jeszcze trochę poszwendaliśmy bez celu się po centrum po czym wykonaliśmy powrót na kwaterę.
Jeżeli chodzi o samą Tiranę, to centrum, czyli plac Skanderbega, okazało się być względnie zadbane i ładnie oświetlone w nocy. Zwraca uwagę budynek Muzeum Historycznego z ogromną mozaiką przedstawiającą dziewoję z karabinem w ręce prowadzącą do boju naród albański. Naród uosabiany jest przez zbiorowisko postaci z różnych grup społecznych i epok historycznych. Jest też meczet i budynki administracji państwowej. Plac służy także jako główne rondo w mieście, a ruch odbywa się bez zwracania uwagi na pionową i poziomą sygnalizację drogową, która zresztą występuje w formie szczątkowej. Na samym środku placu można wynająć go-carta i pojeździć trochę dla relaksu, przyczyniając się tym samym do ogólnego zgiełku spowodowanego ruchem pojazdów silnikowych.
W Dzienniku znalazł się o Tiranie taki oto zapis:
Tirana fantastyczna, Paryżewa, Wiednie – nuda. A tu klimacik jedyny w swoim rodzaju. Widać, że już próbują to miasto ogarniać – gdzieniegdzie super sklepy, tu i tam odmalowane fasady, główny plac oświetlony. Ale generalnie błoto, zero przepisów drogowych, odrapanie i rdza. I mnóstwo kawiarenek na chodnikach, gdzie przesiadują tubylcy – mężczyźni, naturalnie. ![]()
23-go opuszczamy Tiranę i jedziemy do Durrës
Pociąg do Durrës mieliśmy dopiero po południu, więc była okazja żeby zobaczyć jeszcze to i owo w Tiranie. Postanowiliśmy zwiedzić meczet. Trzeba było przywdziać długie spodnie, pozakrywać ramiona jeżeli ktoś miał odkryte i można wchodzić. Dostaliśmy przewodnika, który po angielsku wytłumaczył nam do czego służą rózne części meczetu, i w ogóle objaśnił podstawowe rzeczy na temat Islamu. Chcieliśmy też wejść na znajdującą się obok meczetu wieżę zegarową, ale była zamknięta. Otwarta dla turystów jest w poniedziałki i czwartki, a to był, niestety, wtorek.
Z Tirany do Durrës – albańskiego kurortu. He, he. Jechaliśmy tylko godzinę (w końcu to aż 30 km). Upał i kurz. Poszwendaliśmy się trochę po mieście, piwko tu, piwko tam (mrożone kufelki!) – niewiele do oglądania. Przejazd na plażę – przemiły (znowu!) pan „konduktor”. No i zaczęły się schody. Cała plaża usiana parasolami, ledwo, ledwo znaleźliśmy wolny pasek piachu aby się z plecakami rozłożyć. Adriatyk tu mętny, piach jakiś bardziej szary.
Do Durrës w zasadzie nie było po co jechać. Wałęsaliśmy się trochę po mieście, ale nic ciekawego nie znaleźliśmy. Trochę starożytnych ruin. Najważniejszym obiektem w mieście jest port, na morzu widać kolejkę statków czekających na wpłynięcie. Pojechaliśmy podmiejskim autobusem parę kilometrów za miasto, do kurortu Plazh, gdzie – jak sama nazwa sugeruje – można poleżeć na plaży. Co też uczyniliśmy, ale że nie mamy natury leżaczy plażowych, to wieczorem poszliśmy jeszcze pooglądać znajdujące się w pobliżu systemy bunkrów.
Ogólnie rzecz biorąc, w Albanii bunkrów nie brakuje. Na pierwszy natknęliśmy się zaraz po przekroczeniu granicy z Czarnogórą. Z reguły jednak były to małe, charakterystyczne szaro-betonowe kopuły wystające nieco z ziemi, ze wąską szczeliną strzelniczą. Jednak umocnienia w okolicy Durrës to cały system korytarzy wykutych w skale, z kilkoma wejściami i wieżami strzelniczymi wysoko ponad poziomem ziemi. Hodża pewnie spodziewał się, że wróg uderzy od strony Adriatyku. Obecnie w korytarzach tych mieszkają chyba wszystkie okoliczne nietoperze.
Nocleg wypadł nam na plaży. Po zachodzie słońca wkroczyły do akcji watahy komarów, więc każdy pozawijał się czym mógł po sam czubek głowy i usiłował jakoś przetrwać. Ja nie zasłoniłem sobie części mojego szanownego oblicza, no i rano wyglądałem jak ofiara czarnej ospy.
Noo... to była kiepska część wyprawy. Zmordowani wypiliśmy po piwku i położyliśmy się spać na plażowych fotelach cichaczem coby nas nikt nie wyczaił. Noc koszmarna – komary Hodży twardo atakowały (bezgłośne bestie występujące prawdopodobnie w miliardowych stadach). Mateusza w nocy dopadło zatrucie, użarł pies. Musieliśmy wstać o świcie coby jak najszybciej spierdalać. ![]()
24-go przemieszczamy się do Macedonii
Zebraliśmy się bladym świtem z tego niegościnnego miejsca i ruszyliśmy łapać autobus do Durrës aby stamtąd pojechać dalej pociągiem do Pogradecu. Autobus poruszał się żółwim tempem, a pod miastem na dodatek utknął w korkach, pociąg odjechał bez nas, jednak dzięki temu mieliśmy okazję zapoznać się lepiej z dworcem kolejowym w Durrës. Atrakcją tego obiektu jest toaleta, która może śmiało pretendować do prestiżowego miana najgorszego klopa na świecie. Myjąc ręcę w wielkiej beczce z wodą, oryginalnie zapewne służącej do przechowywania mas bitumicznych lub innych wyrobów naftopochodnych, pocieszałem się, że przynajmniej nie było drogo: wstęp jedyne 20 ALL.
Nie chcieliśmy tracić czasu na czekanie na następny pociąg do Pogradecu, który był dopiero po południu, więc zaczęliśmy dowiadywać się o połączenia autobusowe. Dworzec autobusowy znajduje się zaraz naprzeciwko budynku dworca kolejowego. Autobusy do danej miejscowości odchodzą z reguły raz dziennie, w godzinach porannych. Np. do Beratu było połączenie o 7:45, z którego chcieliśmy skorzystać, ale akurat część wycieczki się gdzieś zawieruszyła i znowu nie udało nam się wydostać z Durrës. W końcu zabraliśmy się o 8:30 do Elbasan. Ceny biletów: wcześniej wspomniane połączenie do Beratu – 250 ALL, Elbasan – 200 ALL.
W Elbasan przesiedliśmy się na autobus, który pędził z Tirany do Aten między innymi przez Pogradec. Załatwił nam to pewien sympatyczny pan, który widząc nas skonfundowanych podszedł i zaoferował pomoc. Skądś wiedział, że taki autobus będzie przejeżdżał, więc zadzwonił do kierowcy ze swojej komórki i poprosił go, żeby nas zabrał; również pomógł nam dogadać się co do ceny (przejazd kosztował 2 USD od osoby). Autobus był względnie wypasiony – w końcu to komunikacja międzynarodowa.
Droga z Elbasan do Pogradecu obfituje w fantastyczne widoki. Szosa pnie się serpentynami pokonując pasmo górskie Malesia e Mokres dzielące Albanię od Jeziora Ochrydzkiego. W najwyższym punkcie trasy, na przełęczy, kierowca zarządził postój. Jest tam toaleta sprytnie zasilana wodą bijącą ze źródła kilkadziesiąt metrów dalej, oraz stragan z owocami. Winogrona przepyszne. Po skończonym postoju wyjechaliśmy na drugą stronę gór i stamtąd widać było już ogromne Jezioro Ochrydzkie.
W Pogradecu pokrzepiliśmy się browarkiem i zaczęliśmy kombinować jak dotrzeć do granicy macedońskiej. Najlepszą opcją okazało się podjechanie autobusem podmiejskim do wsi Tushemish (bilecik 20 ALL). Tushemish to bardzo przyjemne miejsce, są knajpki, jezioro, spokój. Postanowiliśmy zdegustować miejscową rybę w restauracji prowadzonej przez rodzinę Todian („Todian Restaurant”). Obsługa bardzo miła, porcje solidne, jak widać na zdjęciu. Jedliśmy Koron – duża rybka (7 USD), oraz Bekish – cztery małe rybki (6 USD). Do tego frytki, warzywa, piwo. Nawet Dziennik Wyprawy się podekscytował:
W końcu jakimś kombinowanym sposobem dotarliśmy do granicy macedońskiej. I tam cała nagroda! (No może nie dla Mateusza i Kasi, bo borykali się oni z rewoltą żołądkową.) Smażona ryba na obiad! Prosto z jeziora Ochrydzkiego. W swojskiej tubylczej knajpie. Pycha!
Potem na nóżkach przez granicę. A za granicą złapaliśmy stopa. Jacyś fajni ludzie porzucili nas do monastyru Świętego Nauma, teraz przerobionego na hotel. Przepiękne miejsce. Rozbiliśmy namiot pod monastyrem bo braciszek pozwolił. Obaliliśmy rakiję aby bardziej wczuć się w klimat świętego miejsca :). Nic kaca następnego dnia.
Dobrze, że się nam trafił ten autostop, bo z granicy do Sveti Naum (Свети Наум) było ładnych parę kilometrów. Klasztor i okolice to faktycznie magiczne miejsce, i to nie tylko dlatego, że nie ma się tu kaca. Jest przepięknie, jezioro jest czyste, woda ciepła, i w ogóle panuje jakiś krzepiący spokój. Wokół klasztoru jest coś w rodzaju pola biwakowo-namiotowego, są liczne stragany z pamiątkami o charakterze religijnym, no i jest też sklepik, w którym zaopatrzyliśmy się w coś do jedzenia (i picia również). Kręci się trochę turystów, ale zupełnie nie ma atmosfery kurortowej komerchy. ![]()
25-go docieramy do Ochrydy
Rankiem ustawiliśmy się grzecznie pod tabliczką z rozkładem jazdy przy bramie wyjazdowej z terenów klasztoru, naiwnie oczekując na transport. Oczywiście okazało się, że rozkład ten nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Busy owszem jeżdżą, ale o całkiem innych porach. Zasiedliśmy więc w barze i mniej więcej po jednym piwku podjechał bus i powiózł nas ku Ochrydzie (Охрид).
Rano do Ochrydy. Na dworcu zgarnął nas autochton wynajmujący kwatery. Poświęciliśmy 4 EUR od osoby za dobę. Ale ile dostaliśmy w zamian! Każdy po łóżku ze świeżutką pościelą i prysznic. Tego dnia bujaliśmy się jak prawdziwi turyści, zwiedziliśmy Ochrydę, przejechaliśmy się łódką po jeziorze coby miasto z wody zobaczyć, zjedliśmy lody ;). A potem opiwszy się w domu i nawet nad jezioro nie chciało nam się iść wykąpać tacy byliśmy wymordowani i rozleniwieni bliskością łóżek i łazienki. No i ten prysznic!!! I pranie zrobiliśmy! Szał!
Ochryda jest bardzo zabytkowa. Gdzie się człowiek nie ruszy – zabytki. Nad miastem góruje potężna twierdza, akurat w rekonstrukcji. Oprócz tego amfiteatr, meczet, milion cerkwi i jeszcze wiele innych prastarych obiektów. Nic dziwnego, że miasto zostało wpisane na Listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Poza tym jest bardzo przyjemnie pod względem przyrodniczym: czyste jezioro, góry dookoła. Polecamy. No i do tego tanie jedzenie i noclegi oraz przemili ludzie... ![]()
26-go idziemy na wycieczkę w góry
Poszliśmy w góry. Wujek Pepson rzekł, „ee, jakaś godzinka na szczyt”. He, he, he. Po czterech godzinach marszu byliśmy na górze, jakkolwiek by się ona nie nazywała. Ściana płaczu w upale, ale humory dopisywały. Po drodze trafiliśmy do macedońskiej wioski. Fajny, leniwy, swojski klimacik. No i pani Katerina. Starowinka-autochtonka w urokliwym stroju, której Mateusz zrobił zdjęcie. Poprosiła, żeby jej wysłać na adres: „Katerina Ramne”. Ramne to nazwa miejscowości. I tyle.
Ze szczytu oczywiście piękne widoki na Ochrydę. Panowie Pepson i Prezes poczuli się jak pionierzy i powspinali się tu i tam. Przegryźliśmy podtopioną kanapkę z serem (nawet jeść zaczęliśmy jakoś lepiej – masło, serek, kiełbaska) i przez krzory w dół. A tam, niczym oaza w pierwszej napotkanej wiosce sklep i piwo „Makedonia”. Po dwa z tego napięcia chlapnęliśmy, tubylcy – pani sklepowa – kawą nas gościli!!! Znalazł się bardzo starszy pan, który mówił po angielsku – okazało się, że parę lat pracował w Australii. A miejscowe chłopaki kojarzyły Wisłę Kraków i Odrę Wodzisław. W cudownych pijackich nastrojach zeszliśmy do miasta. Mieliśmy jeszcze bardziej usportowić się – pójść wykąpać się nad jezioro, ale... skończyło się na piwku na molo no i potem na kwaterze...
Warto też dodać, że pani ze sklepu znała panią Katerinę i dała nam jej pełny adres... ![]()
27-go z żalem opuszczamy Ochrydę
Z Ochrydy pojechaliśmy autobusem do Bitoli (Битола). Był to jeden z nielicznych odcinków nie-kolejowych. W Bitoli spędziliśmy jakieś trzy godziny zwiedzając miasto (z wyjątkiem Mateusza, który leżał na dworcu pilnując bagaży). Miasteczko bardzo sympatyczne, jest meczet i oczywiście nie brakuje także wieży zegarowej. Potem pociągiem do Skopje – stolicy Macedonii.
Koniec dnia dziecka. Z samego rana do autobusu – przez Bitolę (urocza miejscowość, gdzie opędzlowaliśmy oczywiście piwko) – do Skopje. Dziwne miasto. Upał, kurz, beton. Jakaś tam zrujnowana twierdza, przepiękne uliczki starego miasta (całe stare miasto to bazar), też odrapane, ale przez to urokliwsze (czy mam pisać, że dla wzmocnienia doznań opędzlowaliśmy piwka?). I zjedliśmy „tutti-frutti” – jakkolwiek to się nazywa. Miejscową potrawę z fasoli. Bardzo, bardzo dobra. Lelum polelum, i na pociąg – teraz do Belgradu.
W Skopje zwiedziliśmy twierdzę Kale, z której roztacza się piękna panorama całego miastia. Następnie wybraliśmy się na Stary Bazar ulokowany w antycznej części Skopje. Niestety handlu już nie było ze względu na późną porę dnia. Zaliczyliśmy jeszcze troche zabytków: oczywiście wieża zegarowa, Kamienny Most na rzece Wardar i jeszcze kilka miejsc polecanych przez przewodnik.
Wyprawa w zasadzie zbliżała się ku końcowi. Skopje było ostatnim planowym punktem wycieczki, więc zaczęliśmy realizować powolny powrót do Krakowa. Skorzystaliśmy z dogodnego połączenia kolejowego (pociąg nocny) z Belgradem. ![]()
28-go lądujemy w Belgradzie
Męcząca noc w pociągu. Już nie tak cudownie jak w drodze do Baru – siedzenia się nie rozkładały :(. Znaczy się, pewnie i kiedyś się rozkładały... Zmięci posnuliśmy się po Belgradzie. Odbębniliśmy obowiązkową twierdzę, piwko w parku, i na pociąg do Timiszoary. Polepieni, spoceni, zmęczeni i brudni dzielnie popijaliśmy miejscowe wyroby browarnicze i podążaliśmy nie zrażeni niczym, na pohybel Węgrom, przez Rumunię i Ukrainę do Krakowa.
W Belgradzie podjęliśmy ostateczną decyzje, że nie wracamy przez Węgry, lecz przez Rumunię i Ukrainę. Pociąg do Timiszoary w Rumunii odchodził dopiero wieczorem, więc mieliśmy sporo czasu, aby powłóczyć się trochę po stolicy Serbii. Zaliczyliśmy twierdzę, w której oprócz twierdzy właściwej można jeszcze obejrzeć kolekcję dział, czołgów, pojazdów opancerzonych i inszych militariów, pochodzących chyba z Drugiej Wojny Światowej. Potem resztę czasu spędziliśmy leżąc w parku. Zmęczenie wyprawą zaczęło dawać znać o sobie :). ![]()
29-go bez większych problemów docieramy do Timiszoary
Kolejny kurs wieczornym pociągiem przeniósł nas do Timiszoary. Rumunia przyjęła nas gościnnie. Była już noc i aby kontynuować podróż należało zaczekać do rana. Wybraliśmy się wiec na miasto i spędziliśmy trochę czasu w barze w okolicach centrum. Potem część wycieczki zdecydowała się na pokrzepiającą drzemkę na karimatach rozłożonych w dworcowej poczekalni podczas gdy pozostali zażywali odświeżającej kąpieli w fontannie w jednym z parków miejskich, racząc się przy tym serbskim alkoholem wysokoprocentowym.
Skoro świt wsiedliśmy w tren personal i pojechaliśmy na północ, przez Arad, Oradeę i Satu Mare w stronę granicy ukraińskiej. Przejazd trwał ze 12 godzin, kosztował w przybliżeniu tyle samo złotych (od głowy) i stanowił doskonałą okazję do wyspania się. Pociąg był prawie pusty, więc rozłożyliśmy się wygodnie na siedzeniach, a monotonia równinnych krajobrazów szybko nas uśpiła. Część trasy na północy Rumunii pokonaliśmy autobusem podstawionym przez koleje rumuńskie, aby potem znowu wsiąść do pociągu – wszystko w ramach biletu kolejowego. W końcu po długiej podróży dotarliśmy do Halmeu na granicy rumuńsko–ukraińskiej. O ile od strony rumuńskiej da się tam dojechać środkami komunikacji masowej, to po ukraińskiej stronie bez auta raczej trudno. Poratowała nas pani z lokalnego baru, która załatwiła nam transport. Pierwotnie mieliśmy jechać do Winohradowa (Виноградів), ale uzgodniliśmy z kierowcą, że zawiezie nas od razu do Mukaczewa (Мукачеве) skąd są dobre połączenia kolejowe ze Lwowem. ![]()
30-go znowu świt na dworcu kolejowym
Tradycyjny już nocleg na karimatach (karimata to zaiste genialny wynalazek) w poczekalni dworcowej, tym razem w Mukaczewie na Zakarpaciu. Następnie pociąg do Lwowa, czyli dalszy ciąg spania, już nieco wygodniej na leżankach w przedziale płackartnym.
Ze Lwowa nie od razu ruszyliśmy dalej. Należało jeszcze trochę pozwiedzać. Jak dotąd nocowanie na dworcach szło nam rewelacyjnie, więc kupiliśmy bilety na elektriczkę do Szegini przy granicy polskiej na następny dzień rano i postanowiliśmy spędzić resztę dnia i kolejną noc we Lwowie. Trudy wyprawy dawały się jednak we znaki i ekipa rozwarstwiła się w sposób naturalny na część zwiedzającą i część śpiącą w parku. Z kolei część zwiedzająca rozdzieliła się na część zwiedzającą właściwą i część pijącą piwo pod sklepem... dalsze podziały zaczęły zagrażać integralności wyprawy, więc mocą kolektywu została podjęta decyzja o zjednoczeniu we wspólnym działaniu: poszliśmy na piwo. ![]()
31-go powracamy do Ojczyzny
To był ostatni dzień wyprawy. Wstaliśmy rano na lwowskim dworcu, wsieliśmy w elektriczkę do Szehini, granicę polską przekroczyliśmy pieszo (nie obyło się bez awantury przy tej okazji, to normalka na tym przejściu granicznym), z Medyki do Przemyśla dojechaliśmy busem i dalej do Krakowa pociągiem. ![]()



















Komentarze (4)
HEJ! podziwiam ludzi takich, jak Wy….. pełnych energii, ciekawości, odwagi…… jadę wkrótce do Albanii przez Rumunię i Macedonię – kierunek odwrotny do waszego, ale miejsca podobne….. Wasze informacje bardzo mi wyklarowały pewne kwestie :) szacun velki jeszcze raz :))
Piękna wyprawa, Gratuluję odwagi! :) ….a w Ohrydzie to rzeczywiście warto pobyć dłużeć
Pozdrawiam
Sławko
a ja biedny nieszczęśliwy krążę wokół Albanii jak wolny elektron i nie mam z kim tam pojechać a sam się boję
generalnie relacja z wyprawy bardzo wciągająca :)
zazdroszczę
Ja wybieram się w niedalekiej przyszłośći na podbój Bałkanów a w tym Albanii.Jak nie znajdę jakiegoś spoko kompana to będe musiał wybrać się sam