Dawno, dawno temu, w bardzo zamierzchłych czasach (ze 15 lat temu) na jednej z krakowskich siłowni, brylował niejaki Rubens, którego bliższe personalia jednakże pozwolę sobie przemilczeć. Pan dobrze zbudowany, lat około 50-ciu, z bogatą przeszłością, niekoniecznie zawsze zbieżną z interesem publicznym. Tenże Rubens, król siłowni i dusza towarzystwa, zwykł nabijać się z nabuzowanych sterydami młodzieńców, których przygoda z klubem zaczynała się i kończyła na jednej wizycie. Przychodził taki, chciał poszpanować, kazał sobie załadować 150 kg na klatę, ryczał niczym lew i... zrywał mięsień. Cóż, nie jest łatwo zaimponować kolegom w dzisiejszych czasach, a wtedy też nie było łatwiej. Na tym kariera sportowa delikwenta na ogół się kończyła, ale po jednym niezmiennie przychodzili następni. Rubens, który przez lata przywykł był do tej prawidłowości jak do pór roku, podchodził do tych nieudanych szarż z ojcowską wyrozumiałością: „ale wiecie – mówił – kafary tak mają!”.
To powiedzenie stało się synonimem porywania się na coś ponad siły fizyczne. Od tej pory ilekroć plecak cięższy był od zakładającego go nieszczęśnika, reszta pocieszała go: „kafary tak mają!”. Kiedy przemoczeni, zziębnięci po górskich wędrówkach, z obolałymi po całodziennym marszu nogami ładowaliśmy się do autobusu żeby na wieczór zdążyć na imprezę a potem następnego dnia do pracy, powtarzaliśmy sobie że nie ma się co przejmować, bo... „kafary tak mają”. No i tak zostało. Tak więc nie „mojdrogidzienniczekpodróży.pl” albo coś podobnego, lecz kafary.pl bo... kafary tak mają.
Nasze wyprawy to bardziej włóczęga niż wyczyn, raczej spanie w krzakach i na dworcach niż w hotelach, częściej kanapka z konserwą turystyczną niż obiad w restauracji. Słowem: turystyka niskobudżetowa.
